




Najdłuższy w karierze Iron Maiden album studyjny (92 minuty muzyki, 2 CD) zawiera prawie wyłącznie rozbudowane, progresywne kompozycje (wyobraźcie sobie Piece Of Mind z niemal tylko utworami o strukturze To Tame A Land – a tu odlecieli jeszcze bardziej!). Jak dla mnie trochę szkoda, że zespół rezygnuje z prostszych, bardziej piosenkowych, chwytliwych strzałów. Ale od razu zaznaczę: The Book Of Souls, w przeciwieństwie do The Final Frontier, cały czas intryguje. Zaczyna się i kończy utworami skomponowanymi samodzielnie przez Bruce’a Dickinsona, If Eternity Should Fail i Empire Of The Clouds, i właśnie one są najbardziej progresywne, zaskakujące. W tym pierwszym na początku słyszymy gitarę akustyczną i głos Bruce’a – czysty, mocny, podniosły. Z czasem pojawia się typowy dla tego zespołu rytm – jest to taka, można powiedzieć, spokojna galopada. Ale cieszy, tym bardziej że brzmienie o wiele bardziej dostojne niż na poprzednim studyjnym albumie. I nagle koniec. A raczej: koda, z nawiedzoną, przetworzoną efektami recytacją. Na wysokości słów wieczność jest dla mnie niczym, tylko chwilą, przechodzi zimny dreszcz. Na The Book Of Souls zespół bowiem nawiązał do wierzeń Majów, ich wyobrażeń na temat tego, co dzieje się z ludzką duszą po śmierci (zaraz po sesji nagraniowej okazało się, iż Dickinson ma poważne problemy zdrowotne – tym bardziej brzmi to niepokojąco). We wspomnianym Empire Of The Clouds wokalista gra na fortepianie. Szok? Po chwili dochodzą jeszcze brzmienia... smyczkowe! A następnie motyw ładnie się rozwija, przy czym w tej 18-minutowej kompozycji są gitarowe unisona jak z płyt Wishbone Ash, a nawet zagrywki w stylu Yes. Bardzo podoba mi się fragment z licznymi perkusyjnymi przejściami Nicko McBraina. I finał, znów orkiestrowo-fortepianowy. Piękne zwieńczenie albumu.
A co pomiędzy? Speed Of Light, autorstwa Adriana Smitha i Dickinsona, oferuje riff niezbyt w stronę Maidenowego heavy, taki bardziej chropowaty. Numer z ładnym solówkowaniem, przeciętny melodycznie. Z The Great Unknown (autorstwa Smitha i Steve’a Harrisa) najbardziej pamięta się gitarowe unisono. A z The Red And The Black, samodzielnej kompozycji lidera, hiszpańsko brzmiący wstęp i zakończenie. Są tu też partie klawiszy i liczne solówki, ale niepotrzebnie rzecz trwa aż 13 minut, no i niestety pojawia się wokaliza (w rodzaju tych z Heaven Can Wait, The Clansman czy The Wicker Man), tym razem do bólu banalna, nie pasująca do dostojeństwa i podniosłego charakteru całego materiału. Na tym jednak kończą się moje żale. When The River Runs Deep Smitha i Harrisa to numer trochę w stylu The Mercenary, mający wszakże bardziej skomplikowaną strukturę. A The Book Of Souls, autorstwa lidera i Janicka Gersa, wybornie kończy pierwszą płytę zestawu za sprawą przestrzeni, klimatu, pięknych gitarowych ornamentów i natchnionej partii wokalnej. W Death Or Glory (duetu Smith-Dickinson) jest większa dawka przebojowości (wreszcie! – bo refrenów do pośpiewania generalnie na The Book Of Souls jest trochę za mało). Shadows Of The Valley Gersa i Harrisa to galopada i piękne tasowanie solówek – miejsca dużo, nie szczędzili ich sobie. Tears Of A Clown (znów autorstwa duetu Smith-Harris) trwający 4 minuty 59 sekund, najkrótszy w zestawie, oferuje wyrazisty zadzior riffowy. A The Man Of Sorrows – wspólne dzieło Dave’a Murraya i Harrisa (nie mające nic wspólnego z utworem Man Of Sorrows Bruce’a Dickinsona z albumu Accident Of Birth) to rzecz balladowa, spokojna, z uroczym dopalaczem klawiszowym jak z art rocka i momentami, których nie powstydziłby się... późny Pink Floyd.
Poziom studyjnych albumów sześcioosobowego Iron Maiden faluje prawie jak sinusoida. Po The Final Frontier zespołowi potrzebne było tak mocne wydawnictwo, jak The Book Of Souls.



Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość