Rysiu napisał(a):Ja z solowego Gabriela (całego nie znam, ale znam na tyle, aby wychwycić ogólną tendencję - czyli im dalej, tym bardziej różni się od genesisowskich korzeni) uznaję w zasadzie tylko debiut.
Dobra, ale cztery pierwsze albumy znasz, czy tylko debiut, a następny znany Ci album to "So"?

Pytam, żeby wiedzieć, czy Twoja opinia jest oparta na analizie kolejnych płyt Gabriela, czy wynika z nieznajomości najważniejszych jego dokonań, czyli III i IV

Rysiu napisał(a):Debiut, który po kilku przeróbkach (z wywaleniem Excuse Me na czele) mógłby od biedy robić za kolejny album Genesis.
Ojej, to już bardzo dziwny pogląd. Mnie się albumy Gabriela, łącznie z debiutem, w żaden sposób nie kojarzą z art-rockową twórczością Genesis. Genesis tworzyli złożone, wielowątkowe utwory rockowe, wypchane magicznym, baśniowym klimatem, a solowa muzyka Gabriela to pop. Bardzo solidny i dość oryginalny, ale pop, w dodatku raczej przebojowy, zwłaszcza w przypadku tej debiutanckiej płyty. Niewątpliwie II jest znacznie słabsza, ale III i IV zdecydowanie przerastają debiut pod względem wyrazistości i oryginalności brzmienia oraz niebanalności kompozycji. Już samo otwarcie "trójki" (utwór "Intruder") jest miażdżące - zresztą jeden z mocniejszych punktów płyty. A IV jest w całości porywająca pod względem mrocznego, niepokojącego, dreszczowego klimatu. Pierwszy album nie umywa się do "trójki" i "czwórki", bo przy nich jest w zasadzie zwyczajnym pop-rockowym albumem.
Rysiu napisał(a):Uwielbiam ten album, moim zdaniem jeden z najlepszych albumów rockowych ever.
Taka opinia, to już ostre dziwactwo

Rysiu napisał(a):Późniejsze romanse z różnymi folkowymi stylami, tudzież jakieś wygładzone i ugrzecznione produkcje w stylu So w mój gust niestety nie trafiają.
O jakich romansach z folkowymi stylami konkretnie mówisz? Bo w sumie nie zarejestrowałem nic takiego chyba. Może na dwójce coś było - nie pamiętam, bo dawno jej nie słucham, gdyż to najsłabszy album Gabriela spośród tych znanych mi.
Rysiu napisał(a):Co ciekawe, z Genesis bezgabrielowego też cenię tylko jeden album - a mianowicie pierwszy po odejściu Gabriela, "A Trick of the Tail" (część kolejnego albumu W&W też jest znośna, ale bardzo widoczne, a momentami wręcz dominujące są tu już zwiastuny przyszłego stylu grupy). Zupełnie tak, jakby siłą rozpędu tuż po "rozwodzie" i Gabriel i Genesis nagrali jeszcze coś w starym dobrym stylu, a później każdy poszedł własną drogą.
Ja generalnie lubię Genesis zarówno gabrielowskie, jak i to zaawansowanie collinsowskie, tylko są to po prostu dwie zupełnie różne kategorie muzyczne i zupełnie inaczej się do tego podchodzi. Genesis collinsowskie jest kopalnią znakomitych pod względem rozrywkowym przebojów (a także kawałków, które nie stały się przebojami z jakichś niejasnych przyczyn - np. "Man on the corner"). A za albumem "Mama" (opcjonalnie - "Genesis"), to po prostu przepadam - masa chwytliwych, przebojowych numerów. Genesis gabrielowskie jest muzyką ambitniejszą, wymagającej jakiejś tam kontemplacji, głębszego zaangażowania słuchacza. Zupełnie inna bajka.