Strona 2 z 10

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 26 mar 2014, o 19:23
przez OberstPrymas
Co Ty z tą Sophie, co?


The Final Cut to moje osobiste zboczenie. Żadne inne teksty PF tak do mnie nie trafiają. Dodatkowo jest to kopalnia ciarogennych momentów.

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 26 mar 2014, o 19:56
przez Xavi
No mówię, fajne zboczenie ;)

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 27 mar 2014, o 01:03
przez Mefju
Ech, Wy...


1. The Division Bell
2. The Animals
3. The Dark Side Of The Moon


Taka prawda! Smutna o Was. :P

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 27 mar 2014, o 01:08
przez NAR
no to Mefju pozamiatał.

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 27 mar 2014, o 09:41
przez Rysiu
Nie, no Oberst (o dziwo) słusznie prawi. Animals to zaiste zacna płyta, mógłbym nawet rzec, iż mieści się w ich top-3 ale niestety z PF jest tak, że prawie wszystko powinno się mieścić w ich top-3, a top-3 zgodnie z nazwą ma tylko 3 miejsca, więc Animals, pomimo całego szacunku dla niej, chyba jednak się nie mieści. Aczkolwiek, paradoksalnie, powinno. Album jak jak na PF przeciętny.

A Final Cut to dzieło wybitnie niedocenione. Walla i tak nie doścignie w genialne, troszkę mu brakuje, ale gdybym miał tak zupełnie serio zrobić rank PF (nie chce mi się) to w piątce (jeżeli nie w trójce) by się zmieściło.

Ech, niech już będzie, zrobię top7 (czyli rzeczy Pinkowe, które bardzo poważam - resztę poważam albo tylko kawałkami, albo mam w głębokim poważaniu):

1. Wall
2. Piper
3.Final Cut
4. Saucerful
5. DSOTM
6. WWWH
7. Animals

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 27 mar 2014, o 11:31
przez OberstPrymas
Co do The Wall i TFC to mam ciekawe spostrzeżenie. Niby się powszechnie uważa, że The Final Cut to w dużej części odrzuty ze Ściany. Jest to o tyle dziwne, bo gdzieś z 1/3 rzeczy na The Wall jest gorsza od rzeczy z The Final Cut. I nie porównuję tu hajlajtów - mówię raczej o typowych zapychaczach. Przykładowo One of the Few jest lepszym kawałkiem niż Goodbye Cruel World. Southampton Dock przewyższa TSMGO. Oczywiście same hajlajty są lepsze na Ścianie (chociaż The Gunner's Dream i tak wygrywa wszystko), ale sama płyta jest nieznośnie przegadana. I jak TFC uwielbiam słuchać w całości, tak The Wall mnie śmiertelnie nudzi. W mojej opinii Waters przegiął tu pałę i wyszedł mu bardzo pretensjonalny album. Za dużo nadymania się, za mało prawdziwych uczuć. Na TFC są trzy kawałki totalnie ciarogenne - tytułowy, Gunners i Tygrysy. A na The Wall? No nic. Może od biedy Vera czy Nobody Home. Album ma bardzo adekwatny do zawartości tytuł - zespół (czy tam Waters) oddzielił się od publiczności - wyłączcie empatię i identyfikowanie się z czymkolwiek, ten album bez tego jest Wielki. Guzik, nie jest.

Uwaga: Niby Prawdziwi Fani czepiają się że TFC to solowy album Watersa w zasadzie (i dają 1* na RYMie lol). A The Wall już nie? Toż to prawie ta sama bajka, tyle że jest mniej o wojnie. I jest więcej Gilmoura. O tak, to jest dobry powód żeby uwielbiać The Wall i gnoić TFC (a najlepszy tutaj kawałek to oczywiście Not Now John - "bo Gilmour").

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 27 mar 2014, o 12:44
przez NAR
OberstPrymas napisał(a):W mojej opinii Waters przegiął tu pałę i wyszedł mu bardzo pretensjonalny album.

NO ŁAŁ.
Taki jest przecież Waters. W sumie takie jest 90% proga postWatersowego.
W ogóle śmieszne jest całe roztrząsanie co jest lepsze Wall czy Final Cut. To jakby filozofować czy lepsze jest The Game czy Made in Heaven.

Choć oczywiście też nie rozumiem wychwalania Muru i jednoczesnego dissowania Final Cut.

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 28 mar 2014, o 22:46
przez kater
NAR napisał(a):W ogóle śmieszne jest całe roztrząsanie co jest lepsze Wall czy Final Cut. To jakby filozofować czy lepsze jest The Game czy Made in Heaven.

:handgestures-thumbupright:

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 28 mar 2014, o 23:00
przez OberstPrymas
Lepsze jest The Game bo żył.

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 29 mar 2014, o 08:45
przez Rysiu
OberstPrymas napisał(a):Lepsze jest The Game bo żył.


Uwierzysz albo nie, ale w trakcie nagrywania wokali do MiH też żył.

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 29 mar 2014, o 09:59
przez whoatemydinner
Braki Wish You Were Here w Waszych top3 doprowadziły mnie do refleksji: słuchacie chyba jakiegoś innego zespołu i innej płyty.

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 30 mar 2014, o 01:04
przez Xavi
puściłem obydwa niedawno. Nosz kurde, nie ma porównania w ogóle. Nie wiem jak wy to robicie ;p Wywalić Another Brick in the Wall to już całkiem przeżycie, a Final Cut trzy wspaniałości przewleczone takim se czymś. Kwestia gustu widać, JAK ZAWSZE.

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 30 mar 2014, o 13:44
przez kater
Nic nie zrozumialem z tej wypowiedzi, chyba za dużo arafanofskiego.

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 30 mar 2014, o 18:19
przez Mefju
Wy tu pierdu pierdu o culus Watersa, a tymczasem RÓWNE 20 lat temu wyszło to oto cudeńko! :P

Obrazek

STO LAT DLA NAJLEPSZEGO(dla mnie i na chwilę obecną) ALBUMU PINK FLOYD! :occasion-balloons: :occasion-birthday: :occasion-birthdaymulticolor: :obscene-drinkingchug: :obscene-drinkingdrunk: :obscene-drinkingfaded: I hak ci w smak to, że to tak naprawdę solowy Gilmour! :P

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 30 mar 2014, o 18:38
przez Rysiu
To jeszcze coś dodam (narażę się, ale co mi tam) - WWHY i Animals to jak już napisałem dwie zacne płyty, ale pewne "ale" do nich jednak mam. Obie są jak dla mnie bardzo podobne - kilka ledwie utworów, ale rozwleczonych niemiłosiernie do kilkunastu minut. Minut, które - o dziwo - mijają szybko i przyjemnie, ale jednak brak pewnej dynamiki, spłyń z lodami... takie to wszystko leniwie płynące i - jak to ktoś napisał kiedyś - "pastelowo rozmyte".

Dlatego właśnie wolę "Walla" z niekończącą się huśtawką nastrojów, od łez i użalania się nad sobą aż po bunt i furię, gdzie między rockery wciśnięto takie jakby nic nie dające (a jednak dające wiele) "wyciszacze".

TFC jest od Walla już nieco słabszy - klimat jest tu już tylko jeden "na stałe" - smutny, posępny, melancholijny i zahaczający o jakieś dramatyzowanie. Wszystko jest spójne, ładnie się ze sobą komponuje, teksty mają duże znaczenie (większe chyba nawet niż warstwa muzyczna) i nie ma dłużyzn. Jak już pisałem - dłużyzny typu "animalsowego" nie przeszkadzają mi zbytnio i nawet je lubię, ale jeszcze bardziej lubię, kiedy nie ma ich wcale

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 30 mar 2014, o 18:46
przez OberstPrymas
Mefju napisał(a):Wy tu pierdu pierdu o culus Watersa, a tymczasem RÓWNE 20 lat temu wyszło to oto cudeńko! :P

[ Obrazek ]

STO LAT DLA NAJLEPSZEGO(dla mnie i na chwilę obecną) ALBUMU PINK FLOYD! :occasion-balloons: :occasion-birthday: :occasion-birthdaymulticolor: :obscene-drinkingchug: :obscene-drinkingdrunk: :obscene-drinkingfaded: I hak ci w smak to, że to tak naprawdę solowy Gilmour! :P



Jak można lubić tę płytę? Przecież to tak naprawdę solowy Gilmour :P

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 30 mar 2014, o 19:04
przez Anunaki
OberstPrymas napisał(a):Jak można lubić tę płytę? Przecież to tak naprawdę solowy Gilmour :P


Jak można lubić The Final Cut? Przecież to tak naprawdę solowy Waters :P

The Division Bell to piękna płyta jest i znajduje się na 5 miejscu u mnie w rankingu ich albumów za wielką 4ką z lat 70.

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 30 mar 2014, o 19:09
przez whoatemydinner
Anunaki napisał(a):
OberstPrymas napisał(a):Jak można lubić tę płytę? Przecież to tak naprawdę solowy Gilmour :P


Jak można lubić The Final Cut? Przecież to tak naprawdę solowy Waters :P


Jak można lubić A Piper at the Gates of Dawn? Przecież to tak naprawdę solowy Barrett :P

ZAMKNĄŁEM KÓŁKO!!!!!

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 30 mar 2014, o 19:11
przez OberstPrymas
Jak można lubić Amused to Death - przecież to solowy Waters.

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 30 mar 2014, o 19:13
przez OberstPrymas
No dobra, też lubię DB - na pewno mniej niż z 5 innych płyt Floydów, ale ogólnie album bardzo przyjemny. Nawet mam koszulkę z okładką i spisem utworów na plecach 8|

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 30 mar 2014, o 19:13
przez Rysiu
Solowy Gilmour to AMLOR - i to najbardziej perfidny przykład podszywania się pod nazwę swojego dawnego zespołu, jaki znam.

Division Bell nosi już pewne znamiona pracy zespołowej, chociaż prawdą jest, że PF bez Watersa nie ma racji bytu i cieszę się, że to jechanie na marce skończyło się tylko na dwóch płytach (dobrych, solidnych, ale bez błysku geniuszu).

Z kolei co do TFC... powiem tak: zespół z albumu na album był coraz bardziej "watersowski" - DSOTM był chyba ostatnim w miarę demokratycznym albumem, WYWH już był wyraźnie przesunięty w stronę basisty, ale takie Animalsy to już czysty Waters, Wall - nie pytaj, a TFC to już po prostu apogeum tej hegemonii. Równie dobrze Waters mógłby nagrać to sam jako solowy album - niewiele by się różniło od tego, co dostaliśmy. Ale nagrał z Gilmourem i Masonem.

A z kim nagrał Gilmour ten album? Wright gnieniegdzie się udzielał, ale nie jako członek zespołu. Krążą nawet plotki (ktoś mądry wie?), że nie wszystkie ścieżki perkusji są Masona. Poza tym lista muzyków towarzyszących jest dłuuuuuuuuuuuuga.

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 30 mar 2014, o 19:16
przez whoatemydinner
OberstPrymas napisał(a):Jak można lubić Amused to Death - przecież to solowy Waters.


Uśmiałem się na śmierć. [see what I did der?]

Rysiu napisał(a):To jeszcze coś dodam (narażę się, ale co mi tam) - WWHY i Animals to jak już napisałem dwie zacne płyty, ale pewne "ale" do nich jednak mam. Obie są jak dla mnie bardzo podobne - kilka ledwie utworów, ale rozwleczonych niemiłosiernie do kilkunastu minut. Minut, które - o dziwo - mijają szybko i przyjemnie, ale jednak brak pewnej dynamiki, spłyń z lodami... takie to wszystko leniwie płynące i - jak to ktoś napisał kiedyś - "pastelowo rozmyte".

Ależ to właśnie te piękne, długie pejzaże muzyczne to jest to, co tak działa świetnie. Taka sztuka przez (prawie że) ciszę - na takim The Wall jest pełno różnych pomysłów (lepszych i gorszych), klimaty się zmieniają, no powiedzmy do pewnego stopnia, jak w kalejdoskopie i w obrębie konceptu tam to działa - ale brakuje na tej płycie jakiejś chwili wytchnienia oprócz Is There Anybody Out There?. Na WYWH oraz Animals prawie każdy utwór ma sekcję, która opiera się na powtarzaniu i rozwijaniu jakiegoś pomysłu przez monotonię, produkcję przestrzeni, która sprawia, że słuchacz czuje się odizolowany - nie tylko przez warstwę tekstową, ale i muzyczną (podziękujmy Wrightowi głównie za to chyba).

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 30 mar 2014, o 19:44
przez Mefju
Rysiu napisał(a):powiem tak: zespół z albumu na album był coraz bardziej "watersowski" - DSOTM był chyba ostatnim w miarę demokratycznym albumem, WYWH już był wyraźnie przesunięty w stronę basisty, ale takie Animalsy to już czysty Waters, Wall - nie pytaj, a TFC to już po prostu apogeum tej hegemonii. Równie dobrze Waters mógłby nagrać to sam jako solowy album - niewiele by się różniło od tego, co dostaliśmy. Ale nagrał z Gilmourem i Masonem.


A mnie się wydaje, że to "Animals" jest ostatnią płytą na której słyszę cały zespół bez czyjejkolwiek dominacji.

Rysiu napisał(a):A z kim nagrał Gilmour ten album? Wright gnieniegdzie się udzielał, ale nie jako członek zespołu. Krążą nawet plotki (ktoś mądry wie?), że nie wszystkie ścieżki perkusji są Masona. Poza tym lista muzyków towarzyszących jest dłuuuuuuuuuuuuga.


Mówisz cały czas o AMLOR?

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 30 mar 2014, o 20:17
przez Rysiu
Mefju napisał(a):
Rysiu napisał(a):A z kim nagrał Gilmour ten album? Wright gnieniegdzie się udzielał, ale nie jako członek zespołu. Krążą nawet plotki (ktoś mądry wie?), że nie wszystkie ścieżki perkusji są Masona. Poza tym lista muzyków towarzyszących jest dłuuuuuuuuuuuuga.


Mówisz cały czas o AMLOR?



Tak

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 30 mar 2014, o 21:11
przez Gnietek
Rysiu napisał(a):To jeszcze coś dodam (narażę się, ale co mi tam) - WWHY i Animals to jak już napisałem dwie zacne płyty, ale pewne "ale" do nich jednak mam. Obie są jak dla mnie bardzo podobne - kilka ledwie utworów, ale rozwleczonych niemiłosiernie do kilkunastu minut. Minut, które - o dziwo - mijają szybko i przyjemnie, ale jednak brak pewnej dynamiki, spłyń z lodami... takie to wszystko leniwie płynące i - jak to ktoś napisał kiedyś - "pastelowo rozmyte".

Dlatego właśnie wolę "Walla" z niekończącą się huśtawką nastrojów, od łez i użalania się nad sobą aż po bunt i furię, gdzie między rockery wciśnięto takie jakby nic nie dające (a jednak dające wiele) "wyciszacze".


O, dokładnie tak samo to widzę! Zawsze mnie dziwiło, kiedy słyszałem, że "The Wall" jest nudne. Może się nie podobać ciągłe zmienianie klimatów, ale jak się przy nim nudzić?

whoatemydinner napisał(a):na takim The Wall jest pełno różnych pomysłów (lepszych i gorszych), klimaty się zmieniają, no powiedzmy do pewnego stopnia, jak w kalejdoskopie i w obrębie konceptu tam to działa - ale brakuje na tej płycie jakiejś chwili wytchnienia oprócz Is There Anybody Out There?.

"Goodbye Cruel World", "The Show Must Go On", solówka "Another Brick in the Wall, Part 2", a w wersji live także "The Last Few Bricks".

Mefju napisał(a):A mnie się wydaje, że to "Animals" jest ostatnią płytą na której słyszę cały zespół bez czyjejkolwiek dominacji.

Jak to? Koncept albumu jest pomysłem Watersa, teksty napisał w całości Waters, muzykę niemal w całości napisał Waters (Gilmour wtrącił swoje trzy grosze tylko w "Dogs"), wokalnie udziela się głównie Waters (znowu - tylko w "Dogs" główny wokal należy do Gilmoura, ale też tylko na spółkę z dyktatorem :P ).

Rysiu napisał(a):Solowy Gilmour to AMLOR - i to najbardziej perfidny przykład podszywania się pod nazwę swojego dawnego zespołu, jaki znam.

Zdarzały się jeszcze większe cuda, choć raczej przez przypadek niż cynizm. Płyta "Best of The Beatles" nieźle się sprzedawała, bo ludzie myśleli, że to składanka przebojów Wielkiej Czwórki. Tymczasem była to płyta solowa Pete'a Besta, byłego członka The Beatles. :wink: Z kolei Squeeze", płyta solowa Douga Yule'a (niemal dosłownie solowa, bo koleś i napisał muzykę, i teksty, i śpiewał, i grał na prawie wszystkich instrumentach), który wcześniej krótko należał do The Velvet Underground, została wydana jako album tego zespołu. :P

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 31 mar 2014, o 00:21
przez Mefju
Gnietek napisał(a):
Mefju napisał(a):A mnie się wydaje, że to "Animals" jest ostatnią płytą na której słyszę cały zespół bez czyjejkolwiek dominacji.

Jak to? Koncept albumu jest pomysłem Watersa, teksty napisał w całości Waters, muzykę niemal w całości napisał Waters (Gilmour wtrącił swoje trzy grosze tylko w "Dogs"), wokalnie udziela się głównie Waters (znowu - tylko w "Dogs" główny wokal należy do Gilmoura, ale też tylko na spółkę z dyktatorem :P )


Zwracam honor. Nie wiem czemu tak przez lata sądziłem, ale zaraz po napisaniu tamtego posta się skapłem, że coś mi tu nie gra. Nie zwracałem specjalnie uwagi na to kto był autorem tekstów, ale fucktycznie zauważyłem, że Gilmour wokalnie to się udziela tylko w pierwszej połowie "Dogs".

Nie mniej jednak nie wpłynie to za bardzo na mój osobisty odbiór tej płyty i dalej będzie ona dla mnie w TOP3, pomimo, że ja raczej gilmourowiec jestem. :lol:


ALE CZEKAJ CZEKAJ, bo jednak mam jedno ale! Ciul z tekstami i wokalami ale instrumentalnie to chyba Gilmour miał na tej płycie pierwsze skrzypce, przynajmniej w "Dogs" najlepsze solówki należą do niego. :P Za to w "Sheeps" to już IMO głównie Wright się popisywał.

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 5 maja 2014, o 17:17
przez Rafa
Póki co jestem po przesłuchaniu The Wall i Dark Side Of The Moon i stwierdzam, że zdecydowanie, po pierwszych odsłuchach, lepiej wchodzi dyktatura Watersa niż ciemna strona księżyca. A teraz napiszcie co byście proponowali posłuchać dalej, warto zagłębiać się w erę Syda czy lepiej cisnąć lata 70' i późniejsze?
Btw. w temacie rankingów Oberst dał Watersa (mniemam że chodzi o tego Watersa) w Swoim topie wokalistów :shock: Wokalnie to chyba przecież Gilmour>>>>>>>Waters
No i jeszcze na koniec ten megareunion https://www.youtube.com/watch?v=xVQTKSWULu8 przez, który wciągnąłem się w PF 8)

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 5 maja 2014, o 17:47
przez OberstPrymas
Będzie w punktach.

1. Mi też na początku nie podeszła Ciemna Strona. Jednak do tej płyty trzeba trochę dorosnąć. Teraz to moja płyta życia. A The Wall nadal mnie nie grzeje. Parę hitów, parę dobrych rzeczy, reszta bardzo szybko wypada z głowy.
2. Dalej bym proponował Wish You Were Here, Animals, Meddle i debiut. Później The Division Bell ("solo" Gilmoura), The Final Cut ("solo" Watersa) i Atom Heart Mother. A potem resztę, tak mi się wydaje.
3.
Btw. w temacie rankingów Oberst dał Watersa (mniemam że chodzi o tego Watersa) w Swoim topie wokalistów


Dałem bo Waters bardziej do mnie dociera pod względem emocjonalnym. Wiadomo że technicznie Gilmour lepszy, ale jakiś uczuć wyższych raczej mi nie porusza.

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 5 maja 2014, o 21:45
przez NAR
Od flojdów warto znać wszystko. Łącznie z tymi niedocenionymi płytkami jak A Saucerful of Secrets, czy przede wszystkim Ummagumma. Choć raczej nie w pierwszej kolejności. W sumie jedynie A Momentary Lapse of Reason można odpuścić, takie tam pierdu-pierdu. Czy warto się brać za debiut? Oczywiście, że warto. Inna sprawa, że jeżeli nie słuchasz psychodeli (i nie mam tu na myśli Bitelsów ;>) to raczej Ci nie podejdzie, może wręcz odepchnąć. Ja przynajmniej tak miałem przy pierwszym zetknięciu. Jeżeli słuchasz muzyki typowo rockowej jak Queen czy Led Zeppelin, to już Oberst mądrze wskazał - klasyczny okres. Najlepiej Wish You Were Here i Animals. Dalej Meddle z totalnym Echoes, a potem można próbować debiut, Ummagummę, czy inną krowę.

Re: Pink Floyd

PostNapisane: 5 maja 2014, o 22:25
przez Mefju
Ja powiem tak - z lat 70-tych obowiązkowo wszystko bez wyjątków! Można w dowolnej myślę kolejności się za nie brać, ale chyba najrozsądniej będzie pójść chronologicznie by zobaczyć jak to w ogóle wszystko ewoluowało. Potem debiut czyli "solowy Syd" aby mieć choć cień bladego pojęcia z czego powstało zjawisko Floydów i jak ono ewoluowało. I w związku z tym w następnej kolejności bierz się za "A Saucerful Of Secrets" i "Ummagummę". Soundtracki jak "More" czy "Obscured By Clouds", które są po drodze możesz pominąć i zostawić sobie na zupełny koniec, bo to raczej przyrodnicze ciekawostki, choć mają tam pojedyncze naprawdę niezłe smaczki, ale w całości już tak nie czarują, a prędzej mogą znudzić. Aha i pardon, ale się trochę zapędziłem, gdy mówiłem, że z lat 70-tych musisz znać obowiązkowo wszystko... otóż jeden z tych soundtracków jest z lat 70-tych właśnie, no więc możesz go pominąć. ;)
No a jak już przebrniesz obowiązkowo przez wszystko co Ci tu do tej pory wymieniłem to wtedy w zależności od tego czy wolisz Watersa czy Gilmoura to albo "The Final Cut" albo "The Division Bell". Wspomniałeś zdaję się, że pasi Ci bardziej dyktatura Watersa? No to wal to pierwsze, choć największe dokonanie Gilmoura pod szyldem zespołu też wypadałoby znać. :P
Ostatnią płytę o której jeszcze nie wspomniałem należałoby potraktować tylko jako przedsmak "The Division Bell", żeby nie czuć się zawiedzionym, tak więc... no z tego wynika, że musiałbyś ją jednak poznać wcześniej. xD

I to chyba tyle. Przysięgam, że starałem się być w miarę obiektywny i nie wymieniać płyt w kolejności według swoich ulubionych. :lol: Bo prawda jest taka, że np. za taką "Ummagummą" to nie przepadam i nie widzę w niej nic dla siebie, "A Saucerful Of Secrets" lubię średnio, a "The Final Cut" to raczej w ogóle nie trawię(bo najprawdopodobniej jestem już urodzonym gilmourowcem i tyle w temacie :P).