1975. No to jeszcze czas na małe epitafium. Jedni pewnie będą pisać, że LOU REED stał stał się ikoną, bo niepokorny, bo dziwki, męskie dziwki, heroina i elektrowstrząsy. Inni przypomną, że Banan taki wpływowy i każdy, kto go kupił założył zespół. Jeszcze inni po prostu wrzucą Perfect Day albo Walk on the Wild Side i napiszą, że Transformer. A ja w sumie wszystko to traktuję jako dodatek (no może poza Bananem, bo on faktycznie przełomowy był i wielki). Za Transformer w każdym razie nie przepadam (bo Berlin znacznie lepszy), prywatne podboje Reeda mnie też specjalnie nie obchodzą, no chyba że jako ciekawostka. Ja sobie na niego patrzę inaczej, jak na zmutowany gen, który zalęgł się w zdrowej rockowej tkance i zainfekował ją dysonansem. Nie zniszczył jej jednak, nie literalnie, raczej sprawił, że zmutowała, że zaczęła narastać w zupełnie nowych kierunkach, rozwijać się. Jego siła nie tkwiła w piosenkach. Powiedzieć, że potrafił śpiewać, to jak nazwać Tczew metropolią. Czy potrafił grać? Raczej potrafił nie grać. Wiem, że to brzmi karkołomnie, ale lepsze określenie mi do głowy nie przychodzi, aby określić sposób, w jaki wytaczał dźwięki ze swojej gitary. I być może wychodzi tu faktycznie jego biografia, bo to, co robił najlepsze w muzyce, to robił na opak, z totalną pogardą dla tego, co akurat uznawano za "ogólnie przyjęte". Przy tym był w tej swojej transgresji bardzo ludzki, raz zdobywał dachy świata, a raz zaliczał kanały artystycznego rynsztoka. W ostatnich latach częściej to drugie mu się przydarzało. Ale mógł sobie na to pozwolić, bo porażkę - w przeciwieństwie do przeciętności - można wybaczyć. Poza tym, jak to mówią, kto raz wyrucha kozę, ten już na zawsze będzie kozojebcą. W wypadku Reeda należałoby to odwrócić: kto raz zmieni świat, choćby i zgubił się później sto razy mocząc culus w wannie, na zawsze już będzie Kolumbem. Poniżej Kolumb w pigułce.[był link do Metal Michine]
Dobrze, że jednak są Ci klerycy czasem bo czasem jak gościu nie hejtuje do Pearl Jamu to jest naprawdę dobrze.
W ogóle o której godzinie zmarł? Bo się mówi o tym Sunday Morning, ale to chyba naciągane.
Smutno bardzo.