
lookaug napisał(a):
A TUTAJ niezawodny Rolling Stone, który za najlepszy album roku uznał... LOL, nie, nie będę psuł niespodzianki, bo to trzeba samemu zobaczyć.

lookaug napisał(a):A TUTAJ niezawodny Rolling Stone, który za najlepszy album roku uznał... LOL, nie, nie będę psuł niespodzianki, bo to trzeba samemu zobaczyć.





Anunaki napisał(a):2. Judas Priest – Redeemer Of Souls





Faraday napisał(a):D'Angelo zrobił psikusa wszystkim, którzy zrobili już swoje podsumowania roczne. Z tego co znam to tylko To Be Kind postawiło wyżej poprzeczkę w tym roku.



ALESTORM – Sunset of the Golden Age
Styl Alestormu został zdefiniowany już dawno. Jak zatem wypada nowy album – całkiem klawo. Pod warunkiem, że nie oczekujemy odkrywania ameryki. Typowy metal zaprawiony pirackim folkiem i lekkimi wstawkami quasi-symfonicznymi gdzieniegdzie. Każdy z nas lubi sobie posłuchać od czasu do czasu czegoś z niewyszukanymi tekstami, poczuć się jak pirat i obetrzeć ręką z hakiem, rum kapiący z brody. Jedyne co może trochę denerwować, to jednostajne refreny. Znowu na drugim biegunie znajduje się utwór tytułowy, który imponuje rozbudowaniem i rozmachem (jak na tę estetykę oczywiście), będąc najlepszym kawałkiem na płycie. Jeśli słuchacz przymruży lekko oko i da się porwać "na morze", to wyjdzie naprawdę świetna rozrywka i o to przecież chodzi.
AMBERIAN DAWN - Magic Forest
Odkąd zmienili wokalistkę, złapali wiatr w żagle. To moim zdaniem najbardziej udana płyta zespołu. Amberian Dawn stał się w tej chwili „pierwszorzędnym zespołem drugorzędnym”. Same hiciory, choć żaden oczywiście nie jest odkrywczy. Tak jak w przypadku pierwszej opisywanej płyty, jeśli nie oczekujemy wielkich ambicji, a jedynie przyjemnego, bardzo przebojowego, momentami wręcz radiowo brzmiącego symphonic metalu, to trafiliśmy w dziesiątkę, gdyż w takich kategoriach płyta sprawdza się znakomicie, a melodii nie brakuje. Całość może się wydawać trochę przesłodzona, ale nie sposób odmówić płycie nośności, Cherish the Moment czy tytułowy Magic Forest to symphometalowe hity, które nie będą chciały opuścić Waszych uszu.
ANATHEMA – Distant Satellites
Anathema przeszła długą drogę od death/doomu, przez atmosferycznego, depresyjnego rocka aż do...???? No właśnie, tu pojawia się pytanie, co obecnie gra Anathema? Ciężko powiedzieć, coś na kształt mieszanki: klimatycznego prog rocka z alternatywą ożenionych z odrobiną wpływów post – rockowych. Anathema porzuciła w dużym stopniu dołujące klimaty, to kolejna płyta Brytyjczyków, która niesie ze sobą sporo "światła". Najlepsze wrażenie robi trzyczęściowy utwór The Lost Song. Na płycie znalazł się też kawałek o eponimicznym tytule Anathema. Taki utwór powinien się wyróżniać i faktycznie jest to chyba najlepsza kompozycja na płycie, gdy po orkiestralnej introdukcji wchodzi gitara z emocjonalnym solo – są ciary. Jedne z bardzo nielicznych na płycie. Jako osoba, której ulubioną płytą Anatehmy jest klimatyczno-metalowa The Silent Enigma, sprzed prawie 20 lat, może nie jestem do końca obiektywny, ale nie da się ukryć, że opisywany krążek to średniak w dyskografii tej zasłużonej brytyjskiej grupy.
ANCIENT BARDS – A New Dawn Ending
Chwalą ich wszyscy, więc nie będę oryginalny. Dziś wydawałoby się, że w symfonicznym power metalu powiedziano już wszystko. Jednak Włosi przywrócili blask najlepszych latom gatunku. W teorii nie grają nic nowego, ale w praktyce robią to z taką lekkością, wdziękiem i melodiami, że momentami przypominają się najlepsze czasy ich rodaków z Rhapsody, tyle że z urokliwym kobiecym wokalem i bez tak wielkiej egzaltacji. Wydany w tym roku krążek to dopiero trzecie wydawnictwo tej grupy. Momentami zabarwione nawet lekko progresywnie, ale przede wszystkim szybkie, mocne i symfoniczne. Pełne porywających melodii. Takie kawałki jak Across This Life (okraszone wstawkami chóralnymi) czy metalowa ballada Spirit Liberi porwą każdego maniaka symfonicznych brzmień. Trzeci album i trzeci raz rzecz na poziomie.
ANETTE OLZON – Shine
W sumie pozytywne zaskoczenie. Repertuar bardziej (pop) rockowy, ale dość elegancki trzeba przyznać. Zresztą rzucenie ot tak pop i rock, to nie jest taka oczywista klasyfikacja i nie oddaje rzeczywistego stanu rzeczy, bo to jednak nie jest materiał z list przebojów. Żeby być bardziej precyzyjnym: sporo tu melodyjnego alternative rocka, refleksów indie, a nawet baroque/chamber popu. Wbrew pozorom singlowe Lies i Falling podbite elektroniką, nie uważam za highlighty. Najjaśniejszymi punktami są spokojniejsze utwory, które trochę przypominają niektóre rzeczy Tori Amos. Najpiękniejszym kawałkiem jest dla mnie Moving Away, ze współgraniem różnych linii gitarowych i solówką na akustyku. Czekam na rozwój jej talentu, ciekawi mnie jaki kierunek obierze.
ARCH ENEMY - War Eternal
Odejście z zespołu jednej z ikon kobiecego growlingu, czyli Angeli Gossow, było niewątpliwie ciosem. Na jej miejsce Szwedzi zatrudnili Alissę White-Gluz. Alissa sprawuje się bez zarzutu, w zasadzie nie czuć, że coś się zmieniło. Natomiast od strony muzycznej materiał ten jest bardzo „melodic”, fani bardzo wczesnego wcielenia formacji mogą być zdziwieni. Gitarzyści sypią melodiami jak z rękawa, mnóstwo tu wciągających zagrywek i solówek gitarowych, nie raz o ewidentnie neo-klasycznym wyrazie (As the Pages Burn, Time is Black). Może to zaskakujące jak na płytę z growlingiem, ale ten materiał aż kipi gitarowymi melodiami, czasami pojawiają się dyskretne klawiszowe ubarwienia, ale jest ich niewiele. Pierwszorzędna pozycja, nie tylko dla zwolenników melodic death metalu.
ARKONA – Yav
To nie jest zła płyta, tylko zupełnie inna. Arkona bez skocznych ludowych melodii, szybkich i krótkich przebojowych, folkowych strzałów. Nie wiem, czy tę płytę można w ogóle nazwać folk-metalem, sądzę, że raczej nie. Sporo tu wpływów progresywnych, atmosferycznych, a chwilami nawet shoegazowych. To wszystko wtłoczone zostało w metalowe podłoże, które nieraz ma black/death metalowy wyraz, innym razem przybiera bardziej melodyjne oblicze. Elementy i instrumentarium folkowe też się pojawiają, ale nie zmieniają one progresywno-klimatycznego obrazu całości. Jak na Arkonę to niemal eksperymentalny album. Przyznam się szczerze, że trochę mnie zmęczył ten krążek, bo to rzecz trudna w odbiorze i chyba też nie tak melodyjna jak drzewiej bywało. Podkreślę to jeszcze raz: to na pewno nie jest słaba płyta, jest inna, na swój sposób szlachetna, ale nie zawsze mamy ochotę na dojrzałe, cierpkie, wytrawne wino.
ASTRA – Broken Balance
Z dużej chmury mały deszcz. Grupa ta zaczynała jako coverband Dream Theater i niestety nigdy nie wyszła z cienia swych mentorów, dorzucając do tego wpływy melodic metalu i radiowego rocka. Typowy metal progresywny w dzisiejszych czasach robi się coraz bardziej szablonowy, konserwatywny i nużący (ten jest jeszcze połączony z AOR-em), muzyczna pustka, mało prawdziwych emocji.
AVALON – Angels of the Apocalypse
Tak samo nieudana jak pierwsza część. Brak tej płycie owej przysłowiowej „bożej iskry”. Wszystko brzmi jakby było wymuszone, nie ma polotu, brak szwungu. Niby teoretycznie wszystko jest poprawnie, ale melodie nie zagnieżdżają się w głowie, nawet po kilku odsłuchach. Album jest mierny. Jeszcze jeden dowód na to, że muzyka to nie matematyka i jak połączysz teoretycznie ciekawe ingrediencje i dodasz do tego topowe wokale (Floor Jansen, Simone Simone, Elize Ryd), to wcale nie musi wyjść coś genialnego. Timo Tolkki powinien poważnie rozważyć muzyczną emeryturę.
AXEL RUDI PELL – Into the Storm
Axel wycisnął ostatnie (nie) świeże soki z własnego stylu dekadę temu. Co zatem pozostało? Odpowiedź jest prosta: sztampa, nuda i jeszcze raz sztampa. Nawet w tradycyjnym hard’n’ heavy można było zrobić dużo więcej niż taką lichotę. Wyróżnia się ostatni 10-minutowy numer, który nawet ociera się o metal progresywny. Cała reszta to przykład wtórnego, rzemieślniczego heavy metalu, którego odechciewa się słuchać po kilku kawałkach.
BEHEMOTH – The Satanist
Behemoth to obecnie instytucja ekstremalnego grania, która zawiesza wysoko poprzeczkę innym zespołom z tego kręgu. Nie inaczej jest tym razem, Nergal i spólka pokazali na nowym albumie (znowu?), że można bez zdrady swego stylu, wciąż utrzymując ekstremalną stylistykę, nagrać coś, co nie jest jednowymiarowe i pokazuje otwartość muzyczną zespołu. Wyróżnia się kilka utworów. Singlowe Blow Your Trumpets Gabriel z subtelnymi orkiestracjami. Tytułowy The Satanist, w którym mimo growlu riffy są wręcz z dość tradycyjnego, ciężkiego rocka, choć podlanego blackened deathową ekstremą. In The Absence Ov Light, gdzie mamy recytacje fragmentu z Gombrowicza, pod względem formalnym może się kojarzyć z Luciferem z Evangelionu.
No i jako albumowy cymes O Father O Satan O Sun – moim zdaniem najlepszy utwór na płycie. Duże brawa za ten album.
BIGELF – Into the Maelstorm
Bigel to zespół, który w ostatniej dekadzie, mimo że nie zdobył wielkiej popularności, to jest ceniony przez krytyków i koneserów. Panowie wpisują się w modny w XXI wieku nurt retro-rocka, w ich w przypadku z mocniejszymi gitarami oraz z progresywnymi, psychodelicznymi i stonerowymi naleciałościami. Najlepsze wrażenie robi zamykający album ITM, ciekawie brzmi też High. Brakuje mi trochę jakiejś rzeczy, która by mnie porwała tak mocno jak kiedyś Gravest Show of The Earth, ale grupa wciąż trzyma fason.
BLIND GUARDIAN – Twilight of the Gods (single)
Tytuł singla jest mega wyświechtany w przypadku kapeli metalowej, no ale nie oceniajmy książki po okładce. Po pierwszych taktach wiedziałem, że muzycznie też nie będzie niespodzianki: intensywne power metalowe gitary, dynamiczna perkusja, melodyjne solówki, chóralne refreny, dużo piętrowych harmonii wokalnych a la Queen, robionych przez Hansi Kurscha. Kawałek mógłby się znaleźć na którejś ze starych płyt.
Aczkolwiek mimo braku jakiegoś novum w ich muzyce, nie czuje się rozczarowany singlem, a utwór mi się podoba, to taki Blind Guardian w dobrej formie.
BROTHER FIRETRIBE – Diamond in the Firepit
Emppu Vuorinen et consortes nie zmieniają stylu, wciąż grają przebojowego, melodyjnego rocka z silnym wpływem lat 80-tych i zespołów takich jak wczesny Europe czy Bon Jovi.Z trzech płyt zespołu ta nie jest ani lepsza, ani gorsza, ale że wydana jako ostatnia, więc siłą rzeczy musi być słabiej oceniona od poprzedników. Mam wrażenie, że panowie bardziej traktują granie w Brother Firetribe jako fajne hobby niż maja ochotę wstrząsnąć muzycznym rynkiem.
BUDKA SUFLERA – Live Przystanek Woodstock
Niestety na zakończenie kariery Budka nie wydała płyty studyjnej, ogromna to szkoda, bo zapowiedzi i oczekiwania były ogromne, a single prezentowały się korzystnie. Dostaliśmy tylko album koncertowy, będący zapisem show z tegorocznego Przystanku Woodstock. Pomijając okoliczności i miejsce występu, jest to koncert niecodzienny, gdyż zawiera materiał głównie z najlepszych pierwszych dwóch albumów formacji (nie ukrywam, że moich ulubionych). Sporo gości i grających i śpiewających. Najważniejsza jest jednak sama muzyka, a ta jest wyborną porcją dźwięków z krainy rocka, hard rocka i rocka progresywnego. Tak tak, nie uświadczymy tu Tanga i tym podobnych przebojów. To Budka w całkowicie rockowej odsłonie, we wspaniałej formie tak instrumentalnej, jak i wokalnej (Cugowski). Palce lizać, można tylko żałować, że to już koniec. Przynajmniej odchodzą w chwale, choć braku albumu nie mogę przeboleć
CETI - Brutus Syndrome
Grzegorz Kupczyk to legendarny wokalista Turbo, za to ze swoją grupą CETI obchodzi w tym roku 25 lecie. To chyba najostrzejsza i najmocniejsza płyta zespołu, prezentująca rasowy, heavy metal z naleciałościami klasycznego rocka. W przeciwieństwie do wcześniejszych krążków formacji, to płyta zdominowana prze gitarę, czasem pojawiają się również partie akustyczne. Kapitalny jest bas, wyeksponowany w miksie, po raz pierwszy możemy też śledzić pojedynki basu z gitarą. Zresztą tak gitarowej płyty Kupczyk nie wydał od czasów swej obecności w Turbo. Świetna forma wokalna Grzegorza, niezłe kompozycje. Z niektórych kawałków przebija... Iron Maiden. Może przez zawężenie stylistyki i wyrugowanie wpływów symfonicznych i progresywnych (obecnych na opus magnum zespołu – Perfecto Mundo), jest to album trochę jednowymiarowy, ale nie sposób odmówić mu dobrego poziomui i paru rewelacyjnych przebłysków. Moim faworytami są Somethin' More (z zeppellinowym akustykami, a potem ołowianymi riffami na koniec), Sons of Brutus z trafnym tekstem, Run to Nowhere utrzymany w lekko horrowatym stylu i The Evil and the Troy zdradzający wspomniane wcześniej Maidenowe inspiracje.
COMMANDER IN CHIEF & CRAIG ODEN – 2 guitars: The Clasical Crossover Album
Pod tym wojskowo brzmiącym pseudonimem kryje się kobieta. Dziewczyna, która na wirtuozerskim poziomie gra na siedmiostrunowej gitarze, komponuje, pisze teksty, śpiewa. Kompletna postać, błyskotliwy talent ostatnich lat. Na tej płycie połączyła siły z mistrzem gitary klasycznej – Craigiem Odenem. Nastąpiło zderzenie światów: ona z elektrykiem, on z klasykiem. Na warsztat wzięli trudne dzieła muzyki klasycznej i operowej. Wyszło to perfekcyjnie. Podziwiać grę obojga, prawdziwe mecyje. Warto też zwrócić uwagę na pomysłowość aranżacyjną i łączenie partii każdego z muzyków. Jedynym mankamentem (choć nie wiem, czy to właściwe słowo), jest fakt, że Dowódczyni nie używa przesteru, brzmienie jej elektryka jest więc „clean”. Uważam, że jeszcze ciekawiej wypadłaby ta kooperacja, gdyby dodać jej trochę siarki i rockowego ognia, ale i tak mamy do czynienia z finezyjnym krążkiem.
CRUACHAN – Blood for the Blood God
Irlandzki Cruachan to legenda folk metalu, jeden z pierwszych i najważniejszych zespołów tego nurtu. Ma na koncie kilka wielkich płyt, parę lat temu rozstał się z wokalistką, a obowiązki wokalne niemal w całości objął growlujący lider zespołu. Moim zdaniem był to strzał w stopę. Nowy album kontynuuje trajektorię poprzedniego, to znaczy dominującym wokalem jest growl (żeński głos pojawia się tylko jako ubarwienie), ale na szczęście jest też sporo innych urozmaiceń wokalnych. Muzycznie bez dwóch zdań można odczuć, że black/death metalowe korzenie są ważne dla grupy. Oczywiście wszystko to łączy się symbiotycznie z celtyckim folkiem. To właśnie folkowe elementy są najsilniejszą stroną Cruachanu i one ratują tę płytę. Żadnych sampli, półśrodków, tylko żywe ludowe instrumenty. Irlandzkie melodie, teksty zanurzone w pogańskiej mitologii. Na minus leśna (black metalowa) produkcja, ale mimo to płytę oceniam umiarkowanie pozytywnie, wyszli z zapaści jaką był poprzedni album. To wciąż folk metalowa ekstraklasa, choć do czołówki zarówno tegorocznej, jak i na tle dyskografii Irlandczyków, go nie zaliczam.
CRYSTAL VIPER –Possession
Polski band z niezłą rockową wokalistką (żoną producenta i wydawcy nieistniejącego już Hard Rockera). Kapela gra bardzo klasyczny heavy metal. Nieraz czuć Maidenowskie zagrywki. Aranżacje ubarwiają od czasu do czasu instrumenty klawiszowe lub gitara akustyczna. Generalnie jest old-schoolowo, ale wbrew pozorom ma to ikrę i udało im się uniknąć tandety. Płyta w sam raz dla wielbiciel tradycyjnego heavy i wokalistek z zadziorem w głosie typu Doro Pesch, choć Marta Gabriel wyciąga górki niczym Dickinson w latach 80-tych.
DACCORD –III
Skandynawia od wielu lat jest zagłębiem retro-rocka. Grup, które garściami czerpią z lat 70-tych i gatunków takich jak hard rock, rock progresywny, psychedelic rock, folk-rock. Jak sama nazwa wskazuje to już trzeci album Norwegów. Album ów to prawdziwy wehikuł czasu, gdyby słuchacz nie wiedział, że powstał w 2014, pomyślałby, że data wydania to 1974. To złudzenie pogłębia użycie prawdziwych, analogowych instrumentów z epoki. Dużo też na tym albumie hammondów. Muzycznie sporo tu wpływów Jethro Tull (szczególnie Here Lies Greed), Led Zeppelin, Genesis, Caravan czy Uriah Heep. Ja przyznam się szczerze, że nawet tu słyszę wczesne ELO i kapkę Purpli. Słuchacza chcącego się zapoznać z albumem, czeka syta muzyczna uczta w stylu spajającym elementy hard rockowe, folkowe, bluesowe i progresywne.
DELAIN – The Human Contradiction
Delain zanotował comeback, tak ciekawie nie brzmieli od czasu debiutu. Tyle że tam był to w dużej mierze efekt zaproszonych gości, teraz udało im się osiągnąć artystyczny sukces głównie własnymi siłami. Już otwieracz Here Comes the Vultures z dobitnymi gitarami i jakby Cooperowym klimatem robi bardzo dobre wrażenie. Główny songwriter nie sili się na epicką symfonikę (która, żeby była interesująca i nie popadała w banał, wymaga zdolności kompozytorskich wyższego rzędu), zamiast tego pokazuje, że ma smykałkę do rockowych numerów z różnymi drobnymi urozmaiceniami aranżacyjnymi i formalnymi. Trzeba przyznać, że zdaje to egzamin. Goście oczywiście są obecni (Marco Hietala czy Alissa White-Gluz), ale stanowią oni miły dodatek, a nie meritum. Każdy kawałek ma coś chwytliwego, co wyróżnia go od innych, plasuje to krążek w samej szpicy peletonu.
DIABLO SWING ORCHESTRA – JIGSAW HUSTLE (single)
Awangardowi metalowcy ze Szwecji mają nową wokalistkę i wydali w tym roku nowy singiel. Świeżutki nabytek zespołu ma głos normalny, a nie operowy jak wcześniej. Sam utwór jest dość szalony i w połączeniu z takim wokalem brzmi jak... Emilie Autumn grająca metal. Czekam na pełnoprawną płytę.
DIABULUS IN MUSICA – Argia
Hiszpański zespół symphonic metalowy i jego trzecia płyta. Zmienił się prawie cały skład i jak widać na dobre im to wyszło. Po dwóch nadzwyczaj przeciętnych albumach wreszcie się udało. Diabulus nagrał dobrą płytę. Otwarcie albumu jest utrzymane w stylistyce muzyki dawnej, to właśnie tego rodzaju wpływy Hiszpanie wplatają czasem do swej muzyki, co nadaje im specyficznego charakteru. Mamy do czynienia z bardzo porządnym metalem symfonicznym z delikatnym wpływem szkoły holenderskiej (Epica, After Forever, Imperia itp.), może też dlatego, że producentem albumu jest Ad Sluijter. Największe wrażenie robi Encounter at Chronos' Maze, który to utwór jest duetem z zaproszonym Thomasem Vikstromem z Theriona i trzeba przyznać, że i muzycznie brzmi jak Szwedzi. Drugi duet na albumie to piosenka wykonana wspólnie z ich rodaczką Ailyn z Sirenii po hiszpańsku. Reszta również sroce spod ogona nie wypadła. Imponuje przemiana, jaką ogólnie przeszedł zespół, wciąż nie są bogami gatunku, ale idą dobrą drogą przynajmniej.
DIARY OF DREAMS - Elegies in Darkness
Jedna z najlepszych tegorocznych płyt, bez cienia wątpliwości, choć oczywiście z rockiem nie mająca nic wspólnego. Mroczna, lekko obłąkana elektronika. Diary of Dreams od lat plasuje się w czołówce, jeśli chodzi o gothic/darkwave, tą płytą potwierdza, że stanowi kwintesencję gatunku i w mistrzowski sposób opanował arkana operowania klimatem. Wydawnictwo jest dość spójne stylistycznie, to znaczy żaden numer nie robi jakiejś rewolty gatunkowej, a wszystko spowija charakterystyczny głos Adriana Hatesa. Ulubiony kawałek - The Luxury of Insanity.
EDGUY – Space Police
Tobias Sammet odnotowuje tendencje zwyżkową. Ostatnia Avantasia była chyba najlepsza w karierze, obecny Edguy, jest co najmniej niezły, z kilkoma metalowymi hiciorami (Sabre & Torch, Defenders of the Crown) na czele. Przeróbka Rock Me Amadeus Falco rozkłada na łopatki, gdyż Tobias brzmi komicznie, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. W ogóle na płycie panuje pewne przymrużenie oka, wystarczy przeczytać teksty. W 2014 roku heavy metal na serio może trącić myszką, ale w takiej formie brzmi strawnie i może właśnie w tym jest metoda?
ELUEVITIE - Origins
Nie rozczarowała mnie ostatnia płyta Eluveitie (może dlatego, że po Helvetios na wiele nie liczyłem). Podoba mi się jej spójność, przerywniki i narracje na początku i końcu tworzą ładną klamrę. Wszystkie flety i whistle odnoszę wrażenie, że mają przydzieloną dość podobną rolę w większości kawałków. Za to bardzo na plus nowa skrzypaczka Nicole Ansperger (związana wcześniej z Haggardem), partie smyków są naprawdę porywające. Nie wiem, czy ona je aranżowała czy tylko zagrała co jej dali, ale to spory atut płyty. Call of the Mountains to zasłużenie wielki hit, bo to świetnie napisany przebój. Mało jest albumów, które opierając się na jednym typie instrumentarium i jednym typie melodii, wykreują bardzo duże zróżnicowanie (także stylistyczne), choć oczywiście jest to do zrobienia. Gdyby Szwajcarzy tak podeszli, zachowując wysoki poziom kompozycji, to byśmy mieli płytę wybitną, wychodząca poza szufladkę, mieniącą się różnymi barwami, a tak mamy tylko niezłą/dobrą. Wciąż czekam na drugą część Evocation.
EPICA – The Quantum Enigma
Po bardzo przeciętnej poprzedniej płycie Holendrzy zaliczają powrót do formy. Zwraca uwagę znacznie mniejsza ilość growlu i kilka wyjątkowo udanych kawałków. Całościowo album nie przynosi nowych rozwiązań aranżacyjnych, bo te składniki znamy od dawna: szybka perkusja, najczęściej z podwójną stopą, zażarte riffy, klawisze lub sample asymilujące orkiestralne uderzenia, chóry, śpiew Simone i pozostający w kontrze do niego – growl Marka, okazjonalnie gitara akustyczna. Do tego zrobiono mały revisit pierwszych płyt w postaci żywych skrzypiec. Śmiało można rzec, że wydawnictwo stanowi syntezę wszystkiego, co w Epice najlepsze. Mimo braku nowości, to materiał brzmi zaskakująco dobrze, intensywnie i z wigorem. Jest w tym lwi pazur. Druga część Kingdome of Heaven nie przebija pierwszej (która wciąż pozostaje najlepszym kawałkiem zespołu), jednak jest mocnym punktem i ozdobą albumu. Jednak sequel w przeciwieństwie do poprzednika niemal całkowicie rezygnuje z growlingu. Może to właśnie powinien być kierunek na przyszłość. Epica wróciła do gry, może nie rozdaje kart w tym gatunku, lecz pokazała, że może znowu zasiadać przy pierwszoligowym stole i ucztować na Parnasie.
IAN ANDERSON - Homo Erraticus
Mam mieszane uczucia. Solowa płyta lidera Jethro Tull jest sympatyczna, niemal godzinny materiał nie nuży, tylko że całość brzmi bardzo podobnie. Po pierwszym przesłuchaniu trudno mi było odróżnić utwory od siebie. W jakimś sensie to wada albumu, niemniej w życiu nie powiem, że to całkiem słaby album, bo słucha się tego naprawdę przyjemnie i ogółem oceniam jednak bardziej na plus niż na minus. Biorąc pod uwagę, że Ian Anderson może strawestować Ludwika XIV i oznajmić "Jethro to ja", to każdy utwór z tej płyty mógłby być również utworem macierzystej formacji kultowego barda. Trochę folk rocka, trochę hard rockowych gitar, akustyczne fragmenty, ociupinka progresji i oczywiście główny aktor w tym przedstawieniu, czyli szalony flet Andersona. Najczęściej wracam do skocznego The Pax Britannica.
ICED EARTH -Plagues of Babylo
Bez Matta Barlowa Amerykanie nagrywają kolejny solidny album. Zresztą wbrew temu, co się pisze, u nich wokalista nigdy nie odgrywał wielkiej roli. Co do muzyki, mamy do czynienia z tradycyjnym metalem, który balansuje raz bardziej w stronę heavy, raz w stronę thrashu. W zasadzie można skwitować ten album sformułowaniem „kolejna pozycja w dyskografii Iced Earth”. Pewnym smaczkiem może być udział Hansiego Kurscha w kawałku Among the Living Dead. Porządna rzecz. Lecz raczej tylko fanów Iced Earth, ewentualnie dla wielbicieli amerykańskiego heavy metalu.
IMPERIAL AGE – Warrior Race
Z jednej strony to nie jest do końca pełnowartościowa, nowa pozycja, z drugiej strony zmian w stosunku do debiutanckiej płyty jest multum. To wydawnictwo to mieszanka 4 nowych utworów, 3 ponownych nagrywek z Turn off the Sun, dodatkowych wersji orkiestralnych, a rolę wisieńki na torcie spełnia cover Theriona To Mega Therion. Zaczynając od deseru to cover Theriona jest solidny, nie odbiegający zbytnio od klasycznego już oryginału, ma za to ciut bardziej symfoniczne partie klawiszy. Wolę oryginał, ale to wykonanie jest też bardzo przyzwoite. Nie rozumiem za to kompletnie sensu ponownego nagrywania kawałków z debiut, gdyż brzmią, po prostu identycznie, może mają ciut inną produkcję (niekoniecznie lepszą), ale to dosłownie kosmetyka. Z nowych kompozycji wyróżnia się Aryavarta z ludowym motywem i udziałem folkowych instrumentalistów z Arkony, w pozostałych grupa też stara się utrzymać bizantyjski przepych.. Jak zwykle najsłabszym ogniwem jest wokal. Wiadomość ostatniej chwili: Aor, lider zespołu zrezygnował ze śpiewania i będzie tylko tworzył muzykę i teksty. Odważna to decyzja, mądra, prawa i przede wszystkim słuszna. Na czele grupy będzie stała wokalistka, poza tym będą ją wspomagać goście. Tym bardziej czekam na kolejny album.
JUDAS PRIEST – REDEEMER OF SOULS
Lubię parę (naście) ich klasycznych kawałków, czasem też wracam do konceptu Nostradamus, ale poza głosem Roba Halforda nigdy mnie jakoś bardzo nie fascynowali, choć lubiłem nieraz posłuchać. Nie inaczej jest tym razem, szczególnie że muzycznie żadnych zmian nie widać. To solidna płyta w Judasowym stylu, jedyny zarzut jaki mogę mieć, to że o milimetr nie wychodzi poza kanon, równie dobrze mogłaby powstać 20 lat temu. Rozczarowały mnie teksty, metalowcy śpiewający o Valhalli, marszach potępionych itp, ciężko chyba o coś bardziej stereotypowego w tej estetyce. Niemniej jest tu dużo porządnego grzania, które może cieszyć metalowe ucho, końcówka zdecydowanie najlepsza (Battle Cry, spokojne Begining of the End). Za to w wersji deluxe, czeka nas prawdziwy królik z kapleusza. Wszystkie bonusowe kawałki przewyższają te z podstawowej wersji (sic!). Czy to utrzymane w duchu AC/DC Bring it on, czy motoryczne Creatures bądź piękna ballada rockowa Never Forget. Jakby najlepsze riffy i pomysły oraz wyzwolenie się z wąskich ram stylu pozostawiono poza podstawowym albumem, na główny krążek zachowując kanoniczny heavy metal. W wydaniu rozszerzonym płyta się bardziej broni, fani Judas Priest nie będą rozczarowani.
KARI RUESLÅTTEN – Time Will Tell i KARI RUESLÅTTEN – Collection
Kari przez prawie dekadą była poza muzycznym biznesem. Po latach postanowiła o sobie przypomnieć zarówno nowa płytą, jak i zestawem typu the best of. Zatem na tapecie mamy dwa albumy. Jej nowe wydawnictwo zawiera muzykę przepełnioną delikatnością, eteryczną, utrzymana w duchu alternatywnego popu, czasami nawiązującą też do norweskiego folku. Od czasu do czasu pojawia się bluesująca gitara (głównie z dźwiękami typu slide). Wokal Kari jest przepiękny, maluje fascynujące pejzaże na tle relaksujących dźwięków, orzeźwia, jest niczym łyk wody z górskiej krynicy. Odeszła ona bardzo daleko od metalowych początków, przy jej głosie, pełnym niuansów, zdecydowanie lepiej brzmi i odnajduje się w spokojnej muzyce niż na tle ściany gitar. To bardzo intymna muzyka, szczególnie czuć to w przepięknym Wintersong czy minimalistycznym Paint the Rainbow Grey. Z drugiej strony trzeba zakonotować, że materiał miejscami nudzi i robi się kapkę mdły, na szczęście tylko epizodycznie. Jedynym akcentem nawiązującym do wczesnych korzeni jest remake Why So Lonely z kultowego Tears Laid in Earth 3rd and the Mortal, z gościnnym udziałem Tuomasa Holopainena. Lider Nightwish dostarczył charakterystycznego pianina i klawiszy, ale poza tym faktem, utwór ustępuje znacznie oryginałowi, nie ma tej magii. Szarmu za to nie można odmówić jej solowej twórczości.
I w tym miejscu przejdziemy do krążka kompilacyjnego. Ponieważ zebrano tylko śmietankę z poprzednich wydawnictw, więc kompilacja stoi na równym, wysokim poziomie. Z pewnością przebija każdy pojedyńczy album. To twórczość Kari w pigułce. Zdecydowanie częściej będę wracał do Collection niż do nowej płyty.
KAT - Acoustic - 8 filmów i KAT & ROMAN KOSTRZEWSKI – Buk: Akustycznie
Drugi dublet pod rząd, bo znowu będzie recenzja dwóch płyt naraz, gdyż sytuacja z Katem jest kuriozalna. Kostrzewski (wraz Irkiem Lothem) mają swój Kat i wydali album akustyczny, a Piotr Luczyk ma swój, który na początku roku też wydał płytę akustyczną. Jeśli wierzyć Kostrzewskiemu, to planował album akustyczny już od dwóch lat. Siłą rzeczy głos i teksty Kostrzewskiego były i są wyznacznikiem klimatu, jaki buduje Kat, więc na pewno więcej u niego Kata w Kacie niż Luczyka. Natomiast z czysto muzycznego punktu widzenia o wiele wiele lepszą płytę nagrał Kat Luczyka, oprócz samych gitar akustycznych muzyka ubarwiona jest o klawesyn, fortepian czy skrzypce oraz różne odgłosy i ornamenty w tle, dzięki temu ma nawet chwilami folkowo-dawny wydźwięk. Obowiązki wokalne objął znany bluesman (sic!) – Maciej Lipina. Ciekawie to zaaranżowany album, gustowny, niebanalny, tylko trzeba zapomnieć o całej przeszłości zespołu. W składzie nie ma poza Luczykiem, żadnego muzyka grającego wcześniej w Kacie. Nie powinien być absolutnie wydany pod tym szyldem, bo to Piotr Luczyk Band grający w akustyczno - bardowskim stylu z gościem z bluesową manierą.
Za to jak już wspomniałem, akustyczny album Kata Kostrzewskiego, choć słabszy muzycznie, to na pewno bardziej zachowuje klimat grupy, ale owo oparcie się tylko na gitarach akustycznych, powoduje że nolens volens jest on średnio interesujący pod względem aranżu i instrumentacji. Czyli mówiąc krótko – żadna płyta nie jest idealna, ale jeśli miałbym wskazać faworyta, to (o zgrozo) byłby to bardziej różnorodny i wciągający muzycznie Kat – Acoustic Luczyka.
KINGFISHER SKY - ARMS OF MORPHEUS
Progresywny rock/metal skrzyżowany z Kate Bush. Ta holenderska grupa jest dość mało znaną, ale zasługującą na oklaski kapelą. Ich muzyka płynnie łączy rocka progresywnego z gotycko-klasycyzującą tradycją oraz folkowo – akustyczne elementy, raz bliskie muzyce celtyckiej, raz klimatom typu wspomnianej Bush. Tegoroczny album również wpisuje się w takie nastroje, jednak co warto zauważyć mnóstwo na nim orientalizmów i folkowych motywów. Prawdziwe smyczki ubarwiają kompozycje, które to nieraz mają sporo wspólnego z Ayreonem/Stream of Passion lub starym prog rockiem w rodzaju Jethro Tull. Prawie we wszystkich kawałkach oprócz gitar elektrycznych i smyczków są gitary akustyczne lub fortepian. Dużo tu różnych niecodziennych perkusyjnych brzmień i instrumentów (w końcu kompozytorem materiału jest perkusista). Wokalistka ma sporo powabu i swobodę w śpiewie. Sporym zaskoczeniem są poetyckie teksty. Myślę, że będę często wracał do tej przeuroczej i z kunsztem zaaranżowanej płyty. Wydawnictwo oceniam bardzo pozytywnie. Bardziej do mnie przemawiają takie subtelne mocne brzmienia niż ciągłe rozbuchanie lub brak zróżnicowania. Może przydałby się jakiś powalający na kolana, iście progresywny kolos, ale każdy numer z osobna ma jakiś ciekawy smaczek i frapującą melodię, zatem nie obniża to w ogóle oceny. Crě-me de la crěme anno domini 2014.
LAME IMMORTELLE – Drahtseilakt
Ognistowłosa Sonja Kraushofer to jedna z moich ulubionych wokalistek. Zarówno w neoklasyczno - darkwave’owo - world musicowym Persephone, jak i w rewelacyjnym klimatyczno - metalowym Coma Divine. Jednak jej macierzystą formacją wciąż pozostaje L’ame Immortelle. Minęło kilka lat od średnio udanego poprzedniego albumu. Od razu trzeba więc stwierdzić, że w tym roku jest lepiej. Nie tak dobrze jak na Gezeiten (najlepszym albumie zespołu), ale wróciły chwytliwe melodie. W przeciwieństwie do swoich własnych projektów Sonja musiała się podzielić obowiązkami wokalnymi z drugą połowa duetu (a zarazem kompozytorem) - Thomasem Rainerem. Przyznam się szczerze, że nie mam jakiejś szczególnej predylekcji do jego wokalu, więc czasem wręcz mnie drażni, choć uczciwie przyznaję, że jego Eye of the Storm, jest jedną z najsilniejszych pozycji na albumie. Einsakameit i Sensucht to znowu charakterystyczne, rozemocjonowane ballady śpiewane przez Sonję. Na pewno nie jest to powalający album, są mielizny, jednak ogólna impresja jest pozytywna.
LEAH - Enter the Highlands (single)
Leah, to niezwykle utalentowana Kanadyjka nagrywająca wszystko własnym sumptem. W styczniu wychodzi jej trzeci album „Kings & Queens”. W tym roku wypuściła singiel i muszę powiedzieć, iż jestem zaskoczony. Utwór to iście prog-metalowy, pokomplikowany, choć nie zabrakło oczywiście symfonicznych elementów. Do radia kawałek się na pewno nie nadaje, ale wielbicielom metalu z damskim wokalem powinien przypaść do gustu. Zobaczymy, co Leah pokaże na całym krążku. Jaskółki ćwierkają, że przebiła nim dotychczasowe płyty.
LIV KRISTINE – Vervaine
Nie ulega dla mnie wątpliwości, że to najlepsza solowa płyta Liv (o co zresztą nie było trudno). Była frontmenka Theatre of Tragedy nagrała wreszcie płytę w w stu procentach rockowo-metalową, na albumie nie ma żadnego popowego kawałka (sic!), zatem w stosunku do poprzednich jej wydawnictw nastąpił zwrot o 180 stopni, w ogóle przepaść jaka dzieli ten album od wcześniejszych jest zaskakująca...Niemniej jest to materiał odległy od tego, co prezentuje Leaves Eyes. W zasadzie żaden numer z Vervain nie mógłby być kawałkiem LE. Nie uświadczymy tu akustycznych brzmień, folkowych aranży, epickiej symfoniki, chórów itp. Jaka zatem jest solowa płyta Liv? Zdominowana przez gotyk. Balansująca między przebojowym gothic/dark rockiem a gothic metalem (gdzieniegdzie z doomowymi naleciałościami, kilka zagrywek może nawet się kojarzyć z My Dying Bride, choć raczej nie tym bardzo wczesnym). Czuć oczywiście pewne pokrewieństwo z Theatre of Tragedy z okresu Aegis, mimo że płyta zasadniczo ma ciut mocniejsze brzmienie gitar niż wspomniane Aegis, z drugiej strony nie operuje aż takim melancholijnym klimatem, jest bardziej melodyjna i przebojowa (oczywiście w granicach gatunku). Gdyby Teatr dalej kontynuował swój styl z lat 90-tych, zamiast tego co zaprezentowali na Musique i Assembly), to przy usunięciu męskiego wokalu i dodaniu ciutkę przebojowości, tak mogłaby brzmieć hipotetycznie następna płyta Teatru po Aegis.
Nie wiem, ale pasuje mi tu określenie - "mroczna elegancja" (nawet jesli takie sformułowanie brzmi ciut pretensjonalnie ). Bardzo ciężko wyróżnić któryś numer, bo to wydawnictwo niezwykle równe i bardzo spójne stylistycznie i gatunkowo. Muzyka, teksty, nawet okładka, wszystko układa się w jeden całościowy pakiet. Przez to może brakować większego zróżnicowania, ale niewątpliwie jest w tym artystyczna konsekwencja. Album jest naprawdę prima sort, absolutnie tegoroczna czołówka.
LYRIEL – Skin and Bones
Ta niemiecka grupa zaczynała od celtyckiego folk rocka, by później przesunąć się w kierunku metalu. Z albumem Leverage sprzed 2 lat, wreszcie wzbili się na satysfakcjonujący poziom. Tegoroczny krążek podtrzymuje dobrą passę. W składzie są skrzypce i wiolonczela, więc grupa balansuje między folkowo zabarwionym rockiem i metalem, a tym co dziś zwiemy metalem symfonicznym. Wszystkie kawałki mają w granicach czterech minut, zatem o wielkich dziełach nie ma mowy, ale nie o to chodzi. Krążek wypełniają zgrabne, dynamiczne rockowo-metalowe piosenki, z akcentami folkowymi i symfonicznymi (ale bez wielkiej podniosłości na szczęście). Jak zwykle mocnym punktem zespołu jest wokal: pełen werwy i mocy, wspomagany tu i ówdzie przez drugą wokalistkę. W kawałku Black and White pojawia się gościnnie growl. Od dłuższego czasu coraz bardziej lubię rzeczy zrobione z wyczuciem, z dodatkiem czegoś, co szykownie ubarwia piosenkę, niż ciągły rozmach (ten zostawmy kilku klasykom gatunku, którzy robią to po mistrzowsku). Nowy krążek Lyriel to wydawnictwo bardzo przyjemne, ujmujące swobodą, z którego można czerpać dużo zdrowej radości.
MOSTLY AUTUMN – Dressed in Voice
Są dwie możliwości, albo Mostly Autumn skończyło się kilka płyt temu (tak gdzieś w okolicach Storms Over Still Waters, z paroma przebłyskami na następnej płycie), albo ja po prostu przestałem ich lubić. Biorąc pod uwagę, że niezmiennie darzę ich sympatią, to bliższy jestem zdania, że jednak Bryan Josh ze swoją ekipą nie jest w stanie nagrać niczego, co dorównałoby poziomem starym płytom. Mimo kilku przesłuchań nie pamiętam żadnego numeru z tej płyty (autentycznie), to chyba najlepiej świadczy, że coś jest nie tak...Jak ktoś chce się zapoznać z ta grupą, lepiej niech sięgnie po Passengers albo Music inspired by Lord of the Rings.
NEOPERA – Destined Ways
Interesujący debiut na mapie współczesnego metalu symfonicznego. To co zwraca uwagę, to trzy wokale (w tym dwa operowe: męski i żeński). Dzięki temu płyta wokalnie jest naprawdę porywająca, materiał przy tym skrzy się melodiami. To muzyka, która lokuje się gdzieś w okolicach Theriona, w zasadzie wiele z tych kawałków mogliby nagrać Szwedzi, tylko chóry pełnią znacznie mniejszą (okazjonalną) rolę. Trochę też czuć pokrewieństwo z włoskim projektem Magni Animi Viri. Pierwiastek operowy przebija mocno na albumie pod każdym względem. Utwór Equilibria jest za to metalową wersją Sarabandy Haendla. Gitary niezgorsze, teksty nawiązują w większości do mitologii. Niemcy popisali się naprawdę porządnym wejściem na symfoniczną scenę (choć sami muzycy tworzący zespół, są już znani z innych bandów). Krążek ma parę ciut słabszych fragmentów, ale zdecydowanie trzeba zapisać po stronie plusów.
OPETH – Pale Communion
Nowy Opeth jest bardzo apetyczny i ponadprzeciętny. Jak wiemy rock progresywny czasami popada w przerost formy nad treścią, na szczęście Opethowi to nie grozi, przynajmniej na razie. Nie wiem, czy to najlepsza płyta zespołu, ale na pewno najpiękniejsza. Zero death metalu, w zasadzie poza dwoma/trzema fragmentami to brak nawet metalu jako takiego. Wreszcie nagrali płytę niemetalową, która nie jest wypełniona balladami (jak Damnation). Album brzmi spójniej niż Heritage. Czasy death metalu z elementami progresywnymi odeszły w niepamięć. Jedynie Cusp of Eternity przypomina mi trochę stary Opeth, ale oczywiście bez growlu. Całą reszta to totalne nawiązanie do przeszłości. Słyszę tam Camel, wczesny King Crimson, włoską szkołę, Kansas, Gentle Giant, trochę acid acoustic rocka, kapkę Rush. W orientalnych momentach znowu wybrzmiewa coś z Rainbow z okolic Gates of Babylon tudzież wschodnich wycieczek Zeppelinów. Pierwsze minuty River mamy gitarę a la Wishbone Ash. Znowu praca hammondów na albumie nasuwa skojarzenia z ELP. Dość postmodernistyczny to album. Idealna nazwa – retro rock. W przeciwieństwie do Damnation, nawet nie czuć tak bardzo, że współprodukował go Steven Wilson i nie mam wrażenia, że słucham, któregoś z (bardzo) licznych projektów Wilsona.
PENDRAGON – Men Who Climb Mouintains
Nick Barrett – lider, gitarzysta oraz główny kompozytor i tekściarz grupy, to postać którą zawsze szanowałem i podziwiałem. Człek to wielu talentów, tak muzycznych jak i literackich. Ostatnie płyty Pendragonu odchodziły od pierwotnej (neo) progresywnej formuły. Coraz cięższe, niemal metalowe gitary, dziwne brzmienia, eksperymenty (tylko czasami udane – Indigo). Nieraz brakowało w tym melodii lub piękna, które przecież było wyznacznikiem kompozycji Barretta i wylewało się muzyki grupy całymi hektolitrami. Chyba ostatni raz odczułem większe emocje przy Believe z 2005 roku (i to nie przy całym). Tym bardziej jestem kontent, że wrócił stary Pendragon, a jeszcze bardziej jestem rad, że powrócił stary, ale jednocześnie jakby nowy, odświeżony, współczesny, w nieużywanych szatach. To brzmi może trochę jak oksymoron, ale tak ten album się prezentuje. Przede wszystkim mamy dużo melodii, klimatu, melancholii oraz smaczków aranżacyjnych, które pasują do całości, a nie są szukaniem udziwnień na siłę, jak to niedawno bywało. To album nadal zdominowany przez gitarę, ale o bardzo różnych odcieniach: od przestrzennych brzmień, frapujących niecodziennych zagrywek, akustycznych fragmentów, przez okazjonalnie jakiś ciut mocniejszy riff, aż po pastelowe solówki w stylu Latimera. Jeśli chodzi o instrumenty klawiszowe to pojawiają się hammondy i melotron, wcześniej nie kojarzone z twórczością Pendragonu. Generalnie partie klawiszowe stawiają na klimat i raczej nocne barwy. Pendragon idzie w dobrym kierunku, piękno znowu zagościło w muzyce zespołu. Tak trzymać dalej panowie.
PINK FLOYD – The Endless River
Pomyślelibyście kiedyś, że za waszego życia, wjdzie nowy album Pink Floyd? Jest to niewątpliwie wielkie wydarzenie w tym roku. Jednak z czysto muzycznego punktu widzenia, nie jest to już taka gratka. Raz że materiał ten pochodzi z sesji do The Division bell (1993-94), czyli nihil novi, a dwa forma całego materiału jest kontrowersyjna. Ponieważ poza zamykającym całość singlem, nie ma tu normalnych utworów i wokalu. Cały materiał jest przyjemny w słuchaniu, szczególnie nocną porą . Tylko że sprowadza to album do roli „fajnego tła”. Jest klimat, floydowa przestrzeń, gitara Gilmoura i znakomite partie klawiszowe nieżyjącego Wrighta, tylko że kompletnie nic z tego nie wynika i nie zostaje w głowie. Wszystko sprawia wrażenie szkiców, ambientu, muzyki tła. Ostatni kawałek, który zawiera wokal pasowałby brzmieniem i aranżem do The Division Bell, ale też jest znacznie słabszy od kultowego zamknięcia tamtej płyty (High Hopes). Jako nowy album Pink Floyd wydawnictwo na pewno rozczarowuje. Natomiast jako bonusowy, drugi krążek do ostatniej płyty, może być ciekawą pozycją do odprężenia kiedy Helios śpi, a Selene zagląda nam w okna, ale też bez zbytniego zaprzątania sobie głowy.
PYTHIA - Shadows Of A Broken Past
Anglicy z Pythii kolejną płytę z rzędu próbują dobić się do ekstraklasy i kończy się to fiaskiem, a na ostatniej The Serpenet Course, tak niewiele brakowało. Widać pewnego pułapu nie przeskoczą, Grają swój power/gothic metal z elementami symfoniki, raz lepiej (Sword of Destiny, Broken Paradise), raz gorzej. Z albumu aż bije przysłowiowe "średniactwo”". Są płyty, które nie rażą, są ogółem niezłe, czasem nawet zainteresują tym czy innym numerem, ale czuć, że mamy do czynienia z grupą przeciętną, pozbawioną oryginalności. To wydawnictwo zalicza się właśnie w poczet takich albumów. Do posłuchania jak najbardziej, lecz nie tylko brak manny z nieba czy chodzenia po wodzie, ale nawet prostych fajerwerków.
QUEEN – Live at Rainbow ‘74
Czterdzieści lat czekaliśmy na tę płytę. Tyle właśnie materiał ów przeleżał w archiwach. Niewiarygodne, biorąc pod uwagę, że koncert z Rainbow Theatre z 1974 roku to prawdziwa petarda. Występ ukazuje stricte rockowe oblicze Queen, oszałamia ekspresją, obłędnym wykonaniem i forma wokalną Freddiego. Jasnym jest, że barokowy przepych, który był nieodłączną częścią twórczości Królowej w I połowie lat 70-tych, nie mógł być w stu procentach odwzorowany na żywo, ale w niczym nie zmienia to jakości całego show. Bo aż ciężko uwierzyć, że nie było wtedy żadnych backing tracks ani taśm (choć jak już wiemy, pewne dogrywki zrobiono). Czwórka muzyków i niczego nie brakuje. Objawia się nam rockowy żywioł, atoli podany z Queenową finezją i elegancją. To hard rockowo – art rockowe misterium. Usłyszeć na żywo tak rzadko grane kawałki jak The Fairy Feller's Master-Stroke, bezcenne. Wembley nawet koło tego nie stało, gdyby album został wydany wtedy, kiedy odbywała się rejestracja występu, to byłby dziś klasykiem. Fani Queen długo niczym Penelopa czekali, ale jest to jedna z niewielu pozycji, która może osłodzić życie tym, których rozczarowują obecne działania zespołu (czytaj: Briana i Rogera)
RAVENSCRY - The Attraction Of Opposites
Włosi popisali się dość przyjemnym gothic metalowym debiutem sprzed 3 lat z pamiętnych hitem Nobody. Tym bardziej narobili wszystkim nadzieji na drugi album, który miał potwierdzić ich aspiracje. Nic z tego, drugi krążek okazał się porażką na całej linii. Płyta jest jest dramatycznie słaba. Powinni zakazać wydawania tak miałkiego i wypłukanego z czegokolwiek materiału. Trzymać się sto mil z dala.
REVONTULET - Hear Me
Kapela zapowiadana jako rosyjska sensacja female fronted metalu, jak to ze zwiastunami i nadmuchanym balonem bywa, rzeczywistość szybko weryfikuje oczekiwania. O dziwo debiut w większości spełnia pokładane w nim nadzieje i należy krążek ocenić na plus, momentami nawet bardzo na plus. Świetna wokalistka, naturalnie brzmiące orkiestracje, prawdziwe skrzypce i wiolonczela. Trochę rozczarował mnie wieńczący album numer tytułowy, który trwa prawie kwadrans, a kompozycja nie uzasadnia takiej długości. Łyżka dziegciu w beczce miodu. Tak czy siak, Rosjanie nagrali godny uwagi album. Nie da się ukryć, że kiełkuje kolejne zjawisko na mapie współczesnego metalu symfonicznego i warto mieć baczenie na dalszy rozwój akcji.
SABATON – Heroes
Przed nagraniem tego albumu Sabaton zmienił większość składu, wydawać się więc mogło, że muzyka też ulegnie transformacji. Nic bardziej błędnego (może to również wynik tego, iż sztab generalny się nie zmienił). To wciąż melodyjny heavy/power metal z tekstami dotyczącymi militarystyki (tym razem tytułowi bohaterzy wojenni). Generalnie sporo tu powtórzeń i autocytatów z poprzednich krążków. Płyta ustępuje opus magnum zespołu, czyli albumowi Carolus Rex. Nie ma też takiego rozmachu aranżacyjnego, to bardziej standardowy materiał.
Wyróżnia się To Hell and Back z jakby folkowym motywem, gdzie syntezator imituje flet. Z drugiej strony aż uszy bolą przy topornej balladzie The Ballad of the Bull, gdzie dodatkowo głos wokalisty pasuje do podkładu jak przysłowiowy wół do karety. Znowu kawałek Hearts of Iron mógłby znaleźć się na poprzednim wydawnictwie, co prawda nie wiem, czemu w pewnym momencie słychać w nim Arię na strunie G – Bacha, ale wstawka taka nadaje pewien neoklasyczny wyraz całemu utworowi. Ogółem kawałki lepsze przeplatają się ze słabszymi, ale wstydu ani wtopy nie ma.
SEPTIC FLESH – Titan
Ten zespół od blisko 20 lat jest jednym z ambasadorów greckiego metalu. Jednak w przeciwieństwie do swoich czerpiących z blacku pobratymców, przez ostatnie płyty kultywuje styl "symfonicznego death metalu" i w zasadzie jest w tej chwili liderem tego gatunku. Inna sprawa, że nie za wiele zespołów gra w tym nurcie, bo symfonika z ekstremą w 95% przypadków łączy się zazwyczaj na black metalowym podłożu, a nie tradycyjnego death metalu.
Tym co wyróżnia Greków, są znakomite orkiestracje, nietuzinkowe, zaskakujące. Już trzecią płytę z rzędu nagrywane przez Praską Orkiestrę Filharmoniczną. Lider zespołu studiował na akademii muzycznej, więc dzięki temu nie zatrudniają nikogo z zewnątrz do pracy przy orkiestracjach (co też jest rzadkością w świecie metalu). Nie wiem, czy to jest to ich najlepsza płyta ever, ale i tak ciężka do przebicia dla innych załóg w tym stylu (Ex Deo, Hollenthon, Eternal Tears of Sorrow itp.), szczególnie właśnie pod względem aranżacji.
To album, który tonie w apokaliptycznych orkiestracjach i nie brakuje na nim dobrych melodii, jednak trzeba pamiętać, że cały czas mamy do czynienia z muzyką ekstremalną, albumem niemal w całości growlowanym. Same riffy gitar przypominają bądź klasyczny Morbid Angelowy - death metal, bądź mają potężne, nowoczesne brzmienie, bliskie rzeźnikom z Nile (który to zespół może czasem też wzbudzać pewne skojarzenia przez atmosferę i orientalizmy, choć w przypadku SF nie tyczy się to Egiptu, więc są to raczej "muzyczne hellenizmy”, że wymyślę takie pojęcie). Klimatyczno - doomowe początki zespołu też gdzieniegdzie się przebijają, aczkolwiek niewiele ich słychać. Całości dopełnia antyczny posmak, zpowodu używania czasem skal z tamtego rejonu i teksty nawiązujące do mitologii greckiej. Bardzo spójny to album, jedno z lepszych tegorocznych wydawnictw i jeśli chodzi ogólnie o połączenie metal + symfonika - to bez dwóch zdań pierwszorzędna płyta.
SONATA ARCTICA – Pariah’s Child
Sonata na rozdrożu. Po pierwszych płytach utrzymanych w stylistyce melodyjnego power metalu, grupa zrobiła lekki zwrot, zdradzając progresywno – symfoniczne inklinacje, a ich muzyka przybrała ciemniejsze oblicze (Unia, The Days of Grays). Ostatnie płyty (w tym ta) charakteryzuje pewne zagubienie. Z jednej strony chęć kontynuowania pewnych eksperymentów i co za tym idzie do mniejszej melodyjności utworów, z drugiej powrót do zwykłego power metalu. Niestety nie tylko styl jest „po środku”, ale przede wszystkim poziom kompozycji oscyluje wokół stanów średnich (z paroma perełkami).
Summa summarum album jest niezły, na pewno lepszy od poprzednika, ale i tak jestem daleki od wielkich zachwytów. Na plus znowu garstka nowych zabiegów formalnych: harfa, wstawki mówione, gospel, chórek. Owszem jest melodyjnie, przyjemnie, ale gdzieś w połowie człowiek się orientuje, że w zasadzie co drugi utwór ot sobie leci i nie drażni, ale specjalnego wrażenia nie robi, (na czele z miałką balladą Love), a w głowie zostaje niewiele. Te początkowe, standardowe heavy/power metalowe kawałki stanowią najsłabsze ogniwo albumu. Na szczęście potem album się rozkręca i jest kilka numerów, które nie pozwalają skreślić tego wydawnictwa. Niemniej dobry jest otwieracz z solówkami na klawiszach. Świetne jest Half a Marathon Man z hammondem (początek i końcówka są tak odmienne od środka, że aż kuriozalnie ciekawe). W X Marks the Spot zaskakują fragmenty mówione oraz soulowo - gospelowa wstawka chóralna (wow). Blood ma frapujący, tajemniczy początek i parę genialnych zabiegów aranżacyjnych (znowu przez moment hammond), szkoda że tak nagle sie urywa. Udanym zamknięciem tej nierównej płyty, jest też końcowy epik o filmowo-teatralnym zabarwieniu, utrzymany w symfonicznym stylu.
STREAM OF PASSION – War of our Own
Płyta potwierdza tylko moją tezę, że bez Arjena Lucassena, grupa straciła polot i nie ma racji bytu. Z kolejną płytą usiłują grać coś na kształt, połączenia gothic metalu z melodyjnym prog metalem. Album nie jest ani specjalnie klimatyczny, ani zbytnio skomplikowany. Naprawdę należałoby sobie zadać pytanie: do kogo jest skierowany? Mam wrażenie, że do nikogo. Najgorsze, że poza dwoma/trzema utworami nie ma na nim zapamiętywalnych melodii, wybija się kołysankowo brzmiąca ballada For You. Wokalistka Marcela Bovio będąca największym atutem grupy, czaruje swą intrygującą barwą, ale to za mało, stanowczo za mało, bo nie stoi za nią porywająca muzyka.
TARJA - Left in the Dark i TARJA – Beuty and the Beat
W zasadzie nic wielkiego, same b-side’y, dema i tym podobne rzeczy. Tylko jako ciekawostka dla fanów Tarji. Drugi album, zapis koncertu Tarji z Mikiem Terraną i to jest coś. Koncertowa płyta pokazuje pełen przekrój repertuarowy tych występów. Mamy więc klasyczne standardy, kawałki solowe Tarji, coś Nightwish i oczywiście covery. Lecz highlightem wydawnictwa jest premierowe Witch Hunt, co za klimat, rewelacyjna kompozycja, ku memu zaskoczeniu, napisana przez samą Tarję (sic!). Na pewno rzecz warta kupienia.
THE SIRENS - Ep
Tylko dwa (prawie trzy) utwory w tym roku, ale za to przez kogo nagrane. Anneke van Giersbergen, Liv Kristine i Kari Rueslatten – trzy syreny. Zamysł tego połączenia i wspólnej trasy był taki, żeby pokazać razem po 20 latach pionierki współczesnego female fronted metalu, czyli tego własciwego, klimatyczno-klasycyzująco-okołogotyckiego, a nie zwykłego gitarowego grania. Kari Rueslatten wydała kultowe Tears Laid In Earth z The Third and The Mortal w 1994 roku, debiut Theatre of Tragedy z Liv Kristine wyszedł rok później, w tym samym 1995 roku mamy też Mandylion The Gathering z Anneke van Giersbergen. Rzeczy klasyczne, kultowe i wymieniane przez setki grup jako inspiracje. Co do premierowych kawałków, oba mi się podobają, choć pierwszy balladowy faktycznie jest ciut lepszy. Drugi utwór utrzymany w metalowej stylistyce, przypomina za to bardziej twórczość Liv Kristine z jej obecnym zespołem (Leaves' Eyes), tyle że bez tych folkowych naleciałości. Trzeci utwór ma się pojawić na dniach...Wciąż liczę na pełny album.
THIS IS YOUR LIFE: A Tribute to Ronnie James Dio
Tribute album dla Ronniego Jamesa Dio. Wiadomo nikt z żyjących nie jest w stanie stawać w wokalne szranki z nieżyjącym mistrzem. Toteż o ile instrumentalnie parę rzeczy brzmi soczyściej niż oryginały, to w kwestii śpiewu rzecz jasna, głos nie ten. Jest tu Metallika, Doro, Scorpions, Halestorm, Anthrax i inni. Można się zastanowić, jaki był sens wydawania tego krążka (szczególnie że płyt –hołdów dla Dio nie brakuje), ale z drugiej strony każda okazja, żeby przypomnieć twórczość Ronniego Dio jest dobra.
TRANSATLANTIC – Kaleidoscope
Ta supergrupa nigdy mnie nie ekscytowała, choć instrumentalnie i personalnie można faktycznie dostać zawrotu głowy, bo kapela składa się z muzyków tak wybitnych grup jak Dream Theater, Marillion, The Flower Kings czy Spock’s Beard. Jak zwykle prawie same długie numery. Inspirowane w większości Yes i Genesis z lat 70-tych. Panowie grają z wirtuozerią godną pozazdroszczenia (choć nie popadają w nadmierne popisy), ale wszystko brzmi wtórnie, nawet nie do sceny prog-rockowej ogólnie, ale do własnej twórczości i wcześniejszych płyt. Człowiek niby słucha, ale w gruncie rzeczy czeka, kiedy utwór się skończy. Brak tej płycie witalizmu, żaru, drygu, płomienia, który sprawiłby, że chce się wracać do tych kompozycji.
TUOMAS HOLOPAINEN – Music Inspired by Life and Times of Scrooge
Tuomas nie zawiódł, jego charakterystyczne harmonie są wyczuwalne w każdym utworze. Powiedziałbym nawet, że pozytywnie zaskoczył i jego wydawnictwo jest w stanie zadowolić nie tylko fanów soundtracków. Stylistycznie album należałoby okreslić - muzyką filmową bez filmu. Piękna rzecz.
URIAH HEEP – Outsider
Dziadki w formie. To już kolejna płyta z rzędu gdzie panowie nie spuszczają z tonu i usiłują sobie przypomnieć swoje złote lata (czyli 70-te). Bernie Shaw ma już lekko zdarte gardło, ale w niczym to nie przeszkadza, nawet powiedziałbym, że dodaje rockowej wiarygodności. Pierwsze kawałki zasilają hard rockowy pęd, czyli sunące riffy i organy hammonda, które nie tylko dopełniają aranżacje, ale są wręcz głównym składnikiem brzmienia. Potem leciusieńka obniżka, lecz już przy Can’t Take That Way noga sama chodzi, jest dryg, werw, świetny drive, no bajka. Rozśpiewane Kiss the Rainbow oraz mocny akcent kończący, pokazują dobitnie, ze młodziaki mają się od kogo uczyć. Mick Box ma 67 lat, a mówi, że nic się nie zmieniło w jego pasji i podejściu w porównaniu z tym, kiedy zaczynał, i ta pasja, radość z grania i energia biją z całej płyty Heepów. Rock’n’Roll konserwuje.
WINTER IN EDEN - Court of Conscience
Brytyjska grupa okołosymphonic metalowa. Grupy z Wysp zarówno symfoniczno metalowe, jak i gothic metalowe mają tendencje do asymilowania melodyjnego, kobiecego rocka progresywnego (i na odwrót), czyli mniej symfonicznego grania, a bardziej z klimatycznym posmakiem. Wynika to z faktu, że w Anglii nie ma prawie wśród krytyki pojęcia symphonic metal (Kerrang do dziś używa sformułowań metal gotycki albo metal progresywny). Winter in Eden jest tego dobrym przykładem, gdyż tu i tam krążą quasi-melodic-progresywne naleciałości. Płyta zawiera całkiem niezły materiał, z kilkoma wzniesieniami się ponad (świetny Knife Edge otwierający album, jak i kolejny With Intent). Zresztą cała płyta nie ma wpadek, a melodie chodzą za człowiekiem. Pierwsza połowa albumu jest lepsza od zakończenia. Ładnie, jeszcze brakuje do furory, ale jest coraz bliżej ideału.
WISHMASTERS – Beatrice
Ten czeski zespół zaczynał jako coverband Nightwish. Jednak w tym roku postanowił wydać płytę z autorskim materiałem. Jednak jeśli ktoś spodziewa się kolejnej (marnej) podróbki NW, to się zdziwi, gdyż ich własna twórczość niezbyt przypomina ich mentorów. Owszem można snuć pewne paralele tu i ówdzie, ale generalnie Czesi maja pomysł na siebie i swój styl. Materiał ten można określić jako melodyjny symphonic metal, z lekką nutką teatralności (szczególnie w Broken Heart, które brzmi jak fragment orkiestralnego przedstawienia). Dużo melodii, niemało gracji, do największych jeszcze brakuje, ale jeśli zespół będzie się dalej rozwijał i co najważniejsze podążał własną ścieżką, to za kilka lat może dołączyć do symfometalowej czołówki.
WITHIN TEMPTATION – Hydra
Na początku powiedzmy sobie jasno: to nie jest zbyt ambitna płyta. Jeśli zaakceptujemy ten fakt, to raz unikniemy rozczarowania, a dwa okaże się, że mamy do czynienia z sympatycznym, przebojowym albumem. Płytą, która mieni się wieloma kolorami, choć jednocześnie pozostaje jedną ze słabszych w dyskografii WT – paradoks. Wyróżnia się duet z Tarją i z raperem Xzibitem (truemetalowcy zgrzytają zębami, ale brawo za odwagę), większość numerów sprawdza się dobrze w kategorii rockowych (czasem metalowych) hitów z klimatyczno-symfonicznym posmakiem tu i ówdzie. Ja nigdy nie traktowałem Within Temptation jako muzycznych zbawicieli, wydaje mi się nawet, że bardzo dobrze się odnajdują w takim wcieleniu, jakie obecnie prezentują. Ich niewątpliwym atutem jest głos Sharon den Adel, to jest to coś, co zawsze robi różnicę. Natomiast pod względem muzycznym, obecnie bliżej im do rocka niż do metalu, ale się tym specjalnie nie przejmują i chyba nigdy nie postrzegali siebie jako zespołu stricte metalowego.
XANDRIA – Sacrificium
Sacrificium jest znakomite, na pewno jeden głównych kandydatów do płyty roku. Zaskakujące jaką metamorfozę przebył ten zespół, iście z baśni Andersena o brzydkim kaczątku. Pierwsze płyty były mówiąc eufemistycznie – przeciętne. Druga liga i to raczej "niższe stany średnie" tejże ligi (choć nie przeczę, że zdarzały się pojedyńcze dobre numery). Zwrot, który wykonali kilka lat temu, dał im drugie, a nawet trzecie życie. Z podrzędnego gothic metalu, stali się bardzo dobrym metalem symfonicznym z power metalowymi naleciałościami. Sacrificium podobnie jak poprzedni album, to materiał klasy S, gdyby wyszedł kilkanaście lat temu, to byłby to instant klasyk. Nie wiem, czy w symphonic metalu i okolicach, wyszło w tym roku coś lepszego, bo Sacrificium nawet na tle pierwszorzędnych nowości w tym gatunku (nowe wydawnictwa Ancient Bards, Epiki, Diabulus in Musica czy debiut Neopery) – wyróżnia się.
Xandria nie jest, nie była i nigdy nie będzie lodołamaczem konwencji, ale z elementów składających się na jądro symphonic metalu z damskim wokalem, wycisnęła co najlepsze, jak cytrynę, do cna. Oczywiście wpływy słynnych Finów są wciąż słyszalne, ale mniej niż na poprzednim albumie. Muzycy Xandrii jakby wzięli też coś z własnej przeszłości, tyle że przefiltrowali to przez swój styl anno domini 2014. Może doskwierać brak męskiego wokalu, ale to w końcu female fronted metal, czyż nie? Osobiście poczytuję to za zaletę. Sam wokal bez zarzutu, także teksty na relatywnie dobrym poziomie. Fantastyczny album.
YES – Heaven and Earth
Czy można nagrać udaną płytę Yes bez Ricka Wakemana i Jona Andersona. Owszem można. Dowodem na to jest album Drama z 1980 roku, będący jedną z najlepszych pozycji w bogatej dyskografii zespołu. Sztuka, która udała się ponad 30 lat temu, niekoniecznie musi wyjść teraz. Jednak od razu zaznaczmy, że płyta jest lepsza niż poprzednia. Pojawia się więcej rozbudowanych kompozycji, a Steve Howe jest w wyraźnie lepszej formie.
Wokalista zaskakuje, tylko nie wiem, czy in plus, czy in minus, bo brzmi jak klon Jona Andersona. Podejrzewam, że jakby ktoś nie wiedział, iż to płyta bez Andersona, to dałby się nabrać. Nie rozumiem takiego podejścia.. Ale takie prawo panów z Yes. Reasumując materiał jest niezły, choć nie ma tu rzeczy na poziomie powiedzmy proto-prog-metalowego Machine Messiah z Dramy, a całość trzyma równy, choć niewygórowany poziom (jak na standardy Yes oczywiście). Wciąż najlepszą płytą nowożytnego wcielenia grupy pozostaje symfoniczne „Magnification” z 2001 roku.



Podsumowanie roku 2014 - muzyka.
Płyty życia:
1. Swans - To Be Kind
Płyty dekady:
2. Sun Kil Moon - Benji
3. Ben Frost - A U R O R A
4. D'Angelo and The Vanguard - Black Messiah
płyty roku:
5. Run the Jewels - Run the Jewels 2
6. The War on Drugs - Lost in the Dream
7. Behemoth - The Satanist
8. FKA Twigs - LP1
9. Aphex Twin - Syro
10. Ariel Pink - pom pom
11. Rival Sons - Great Western Valkyrie , 12. Sólstafir - Ótta, 13. Freddie Gibbs & Madlib - Piñata, 14. Hundred Waters - The Moon Rang Like a Bell, 15. Arcade Fire - Her, 16. Blues Pills - Blues Pills 17. Todd Terje - It's Album Time 18. Leon Vynehall - Music for the Uninvited, 19. Pharmakon - Bestial Burden, 20. Dean Blunt - Black Metal,
wyższe stany średnie:
21. Wovenhand - Refractory Obdurate, 22. Mastodon - Once More 'Round the Sun, 23. The Notwist - Close to the Glass, 24. Scott Walker + Sunn O))) - Soused, 25. Vince Staples - Hell Can Wait, 26. Ariana Grande - My Everything. 27. Hans Zimmer - Interstellar, 28. Trent Renzor - Gone Girl 29. St. Vincent - St. Vincent, 30. Alexandre Desplat - The Grand Budapest Hotel, 31. Thee Silver Mt. Zion Memorial Orchestra - Fuck Off Get Free We Pour Light on Everything, 32. Future Islands - Singles
niższe stany średnie:
33. Artur Rojek - Składam się z ciągłych powtórzeń, 34. Opeth - Pale Communion, 35. Perfect Pussy - Say Yes To Love, 36. Kitty - Impatiens, 37. LIZ - Just Like You, 38. Clint Mansell - Mr. Noah, 39. Sophie Ellis-Bextor - Wanderlust
zakopać głęboko pod ziemią, żeby zwierzęta czasem nie odkopały:
40. Pink Floyd - Endless River, 41. U2 -Songs of Innocence, 42. Coldplay - Ghost Stories, 43. Anathema - Distant Satellites, 44. Damien Rice - My Favourite Faded Fantasy
alfabetycznie gatunkami:
alternatywa/eksperymental: w czasach maksymalnej wtórności muzyki, nawet gdy najbardziej odkrywcze zespoły typu Radiohead czy Animal Collective zaczynają się powtarzać, powrót takiego walca jak Swans bardzo cieszy. Gira (największa osobość współ. muzycznego światka) ze swoim gitarowym-techno sprawił, że z chęcią wstawałem o 6 rano tylko temu by się z nim powkurwiać na świat. W ogóle świat mnie nie przestaje mnie zaskakiwać widząc, że projekt Pharmakon założyła taka ładna dziewczyna, a ma tak brudną duszę i tworzy tak obrzydliwie piękne hooki. Do Afryki wyjechał Ben Frost, naoglądał się tańczących przy ognisku tubylców i połączył to ze swoją brudną elektroniką, wyszło niesamowicie. SunnO))) i Scott Walker dalej poszukują łącząc pop z dronem tym razem, czasami wychodzi lepiej, czasem gorzej. Dean Blunt łączy z kolei wszystkie gatunki świata do każdego dając coś swojego.
elektronika: chyba marnie w tym roku skoro liderem pozostaje wciąż jest powracający z emerytury Aphex Twin, który w nowe trendy się nawet nie próbuje wpisać i chyba ma to gdzieś, ale tak to jest skoro się wypracowuje swój styl, a przy okazji tworzy podstawy całego współczesnego IDM. Muzykę przyszłości tworzy z kolei Vynehall zapętlając różne skrzypcowe zakrętasy w sposób mistrzowski. Notwist jako mistrzowie indietroniki też od normy nie odbiegają tworząc po prostu zapadające w pamięć melodie, chyba o to w muzyce biega. O Froście już było.
folk: w sumie wszystko sprowadza się do Sun Kil Moon. Kozelek tworzy najszczerszy album ostatniej dekady śpiewając o czasach gdy w młodości słuchał Led Zeppelin i kochał/nienawidził na zmianę swoją niestandardową rodzinkę. Blisko jest War on Drugs (btw. zespoły się nie cierpią), zespół bardziej na teraz niż powyższe smuty, bo jest po prostu atrakcyjniejszy dla słuchacza, ale też angażujący duchowo. Damien Rice dalej tworzy ładną do zarzygania muzykę bez duszy dla 13-latek, które lecą w tle podczas rozdziewiczania obok książek Paulo Coelho.
hip-hop: Run The Jawels stali się tym czym było Oustkast w latach 90-tych, czyli synonimem wymiatania i tworzenia tłustych jak culus najwytrwalszych fanek Chodakowskiej bitów. Tworząc chyba album równiejszy od jedynki, a dodatkowo lepszy tekstowo. Vince Staples może być największym odkryciem lat przyszłych jeśli dalej w sposób kendrickowski będą tak zgrabnie się łączyć z popem. Mistrz soulowego samplowania, czyli Madlib zawiera sojusz z łączącym dużo kokainy do swojej muzyki Gibbsem, efekt jest taki jak to sobie wyobrażacie. Czy w polskim hh jest coś wartego uwagi wgl w tym roku? Bo dalej raczej nadrabiam lata poprzednie.
metal: powinienem napisać, że Polacy powinny być dumni, że ich macierzysty zespół nagrywa jedną z najlepszych metalowych płyt ostatnich lat inspirowaną Led Zeppelin i porażającej mocą, ale Nergal to dalej ten co straszy dzieci w Empiku więc napiszę: wyzbyjmy się uprzedzeń. Mastodon chciał się przypodobać różnym kucom jarającym się Slashem i nową Metallicą i mu się udało wyjść z twarzą dodając do tego sporo humoru, udany manewr. Z tym, że niech wracają do napierdalania z lat poprzednich. Sólstafir połączył surowość z islandzkim dream popem w stylu Sigur Ros, bawiąc się banjo i dając nam odczuć zimno krain tam panujących, ładne łojenie.
pop: Cudowny muzyczny misz-masz tworzy Ariel Pink, który bawi się przyzwyczajeniami słuchacza trollując na każdym kroku, a przy okazji nie zapomniał o melodiach. Na topie w Polszy jest dalej Rojek, który tworzy zbiór ładnych piosenek, które tracą z każdym odsłuchem, Lenny Valentino to nie jest, ale tym nie mniej warto. St. Vincent rozczarowała tworząc coś zbyt prostego jak na nią, wciąż jednak pociagającego i kobiecego, z kilkoma momentami. Todd Terje mistrzowsko łączy DJkę ze standardowym popem, włączając do zabawy nawet Ferry'ego. Ariana Grande gra naiwny i równie przebojowy pop, równie uroczy jak ona - tego własnie oczekuję od popu z przedrostkiem -teen. Oby tak dalej.
rock: zawiodły stare uznane firmy. O Pink Floyd już pisałem, U2 nagrywa beztreściowe nudy, Coldplay z fajnego zespołu zamienia się w największe pośmiewisko internetów po znudzeniu się ludziom Nickelbacka i Linkin Park. Anathema nagrywa rzecz tak wtórną, że powinni im odebrać ctrl kopiuj + ctrl wklej ze studia. Opeth też się powtarza, ale to na tyle dobry zespół w przeszłości, że jeszcze się to jakoś broni. Z tym, że smutno co się z nimi dzieje odkąd sie zabujali totalnie w Wilsonie. Na szczęście są jeszcze dobre nowe nazwy, które jakoś trzymają ten gatunek typu Rival Sons, który świetnie operuje łączenie bluesa z hard rockiem i kapitalny wokalnie Blues Pills. Niech trójki i inne teraz rocki zaczną promować takie zespoły bo nie wyjdziemy z szamba.
soul/funk : D'Angelo powrócił w kapitalnym stylu nagrywając funkową petardę. czerpiąc co lepsze z soulu i podtrzymując ten gatunek przy życiu. To co tworzy bas w każdym utworze to małe mistrzostwo świata. FKA Twigs nagrała album jakiego oczekiwałem, skromny aranżacyjnie, ale pełen emocji i czarnego bujania. Przyszłość należy do niej.


lookaug napisał(a):
Najgorsza płyta, którą słyszałem: Anathema – Distant Satellites
Zmarnowanie tych 50 minut właśnie się zwraca, bo mam dodatkową kategorię.
Najgorsza płyta, której nie słyszałem: U2 – Songs of Innocence
Zaoszczędzenie tych 50 minut właśnie się zwraca, bo mam dodatkową kategorię.



OberstPrymas napisał(a):Doczekałem się momentu, kiedy mogę zostać wrzucony do jednego worka z Atrusem :__:



lookaug napisał(a):Przehajp roku: Sun Kill Moon - Benji
Rozumiem, że powinienem współodczuwać z podmiotem lirycznym, a ja śpię. Najwyraźniej nie kumam Kozelka, bo to samo mam z Red House Painters (a i tak Rollecoasterowi to Benji może wagoniki czyścić). No i dodatkowo chyba trochę zrozumiałem w tym momencie hejterów Oasis czy Kanyego, którym przerośnięte ego autorów przesłania ich muzykę.




Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość