Rysiu napisał(a):Zanim ustosunkuję się do Twojego postu, spróbuję teraz umiejscowić Cię w jakimś miejscu na continuum oszołomstwa religijnego, bo zdaje się, że w końcu wyczułem Twoje poglądy na tyle, że mogę w końcu jakoś je zwerbalizować - jesteś osobą wierzącą (praktykującą?), ale brzydzącą się Rydzykiem, śmiejącą się z Natanka (bo jakby nie było, jest to dobry dostawca dobrego humoru), nie należacą do Sekty Smoleńskiej, nie rajcujesz się Licheniem ani Jezusem Świebodzińskim. Trafiłem?
No tak.

Można powiedzieć, że trafiłeś w sedno, ale... co do tego praktykowania to u mnie różnie bywa. Jest to mnie bardzo nieregularne. Nie w każdą niedzielę chodzę do kościoła(zazwyczaj jak nie chodzę to dlatego, że leczę kaca po ostrej sobotniej imprezie lub ją po prostu odsypiam, a na następny poniedziałek mam ważne kolokwium lub po prostu coś do zrobienia na studia(ale obecnie ta kwestia mnie już nie dotyczy bo studia już skończyłem)), nie chodzę do spowiedzi co miesiąc, często zapominam o wieczornej modlitwie, lub po prostu jestem na nią już zbyt zmęczony. Biblię też czytam rzadko, nieregularnie, a i raczej wybiórczo.
Czasem miewam głębsze lub płytsze kryzysy z różnych powodów. Wtedy pewne rzeczy wydają mi się nie mieć sensu, ale powracam do nich, gdy już dzieje się w moim życiu naprawdę źle. Ale też daleki byłbym od stwierdzenia, że jak trwoga to do Boga.
Albo po prostu nie chcę mi się praktykować na siłę, tylko wtedy kiedy naprawdę sam z własnej, nieprzymuszonej woli tego potrzebuję(w końcu Bóg nam dał tą wolną wolę, nie?). Bo jeśli ja mam pójść do kościoła tylko po to, żeby odbębnić niedzielną mszę jako wypełnienie swojego katolickiego "obowiązku"(mój cudzysłów oznacza tu sceptyczne podejście), tylko po to by mieć czyste sumienie, a nic z tej mszy nie wynieść to ja nie widzę w tym najmniejszego sensu.
A jeśli chodzi o Jezusa Świebodzińskiego - nie jestem jego wyznawcą, ani nie czuję potrzeby fetyszowania tego pomnika, ale też nie mogę powiedzieć, że bardzo mi on przeszkadza, bo w gruncie rzeczy jest mi to zupełnie obojętne.
Rysiu napisał(a):Z kolei na continuum pedałomanii umiejscowiłbym Cię mniej więcej tam, gdzie siebie - a sam mam podejście z gatunku "niechaj sobie żyją zdrowo i szczęśliwie, byle z dala od mojej culus", dodatkowo jeszcze obwarowane szeregiem zastrzeżeń na temat zasadności istnienia związków partnerskich czy małżeństwo. Trafiłem?
Też się zgadza, aczkolwiek co do tych związków partnerskich to też jestem raczej sceptycznie nastawiony. Niby geje powinni mieć jakieś prawa, ale... TYPOWO NORMALNE, LUDZKIE, EGZYSTENCJALNE PRAWA, a nie jakieś dodatkowe przywileje wynikające z ich orientacji! O co mi chodzi? No typowo ludzkie prawa to po prostu prawo do pochówku, dziedziczenia i info o stanie zdrowia, ale myślę, że to można to wszystko załatwić bez konieczności zawierania związku partnerskiego i jeszcze równania tego do małżeństwa. Sprawę dziedziczenia mówiłeś, że można załatwić u notariusza. Jeśli chodzi o info o stanie zdrowia to idąc do szpitala możemy wpisać na specjalną listę osoby które upoważniamy do tego by mogły się o nasz stan zdrowia pytać. I na tym powinno się skończyć, no bo powiedzmy dam tu taki przykład: moja siostra mieszka ze swoją przyjaciółką(ale tylko na czas studiów). Nie, nie wynajmują mieszkania - to jest mieszkanie mojej siostry, która swoją kumpelę przygarnęła do siebie by miała bliżej na uczelnię i by uniknąć kosztów wynajmu i takich tam, no ale mniejsza, bo się offtop robi. I załóżmy sobie, że jedna z nich ląduje w szpitalu - to co? Druga nie ma prawa się dowiedzieć co się dzieje z jej przyjaciółką? Czy muszą od razu w związek partnerski wchodzić tylko po to aby się dowiedzieć, że z wątrobą czy jakąś inną śledzioną psiapsióły wszystko w porządku, albo że jednak trzeba zrobić przeszczep? Aha uprzedzając pytania: moja siostra i jej kumpela lesbami nie są, ale przykład mam nadzieję, że jest mimo wszystko dobry.
A załóżmy też, że ta moja siostra i jej psiapsióła mieszkają sobie w tym mieszkaniu do końca życia, aż w końcu jedna umiera. Czy drugiej nic się z tego powodu nie należy? Zresztą tu już nawet nie chodzi o relacje koleżeńskie, bo ile ja znam par, które mają dzieci a żyją i mieszkają sobie bez ślubu i nikt się o to ich nie czepia, policja czy inne urzędasy nie pukają im do drzwi. Nawet za granicą - w takiej Francji - mam szwagierkę(tzn. na razie przyszłą) co bez ślubu mieszka ze swoim partnerem i dzieckiem. Związku na razie nie planują. Zresztą we Francji to mogliby zawrzeć po prostu związek partnerski, ale nawet tego nie chcą. I jakoś nie wierzę, że te osoby mające taką nieformalną rodzinę nie miały żadnych praw wobec siebie nawzajem. Bo gdyby tak było to już szybko musieliby te związki zalegalizować.
Z grubsza - nie uważam, żeby takie związki miały poważnie zagrażać tradycyjnemu małżeństwu i tradycyjnej rodzinie(i tu nie ogarniam jednak PiSowskich krzykaczy typu Pawłowicz, jeśli wyskakują z takimi właśnie argumentami). Kto będzie chciał to i tak pójdzie swoją drogą i nie da się zindoktrynować jak ma swój własny rozum(gorzej jeśli zaczęłoby się to jakoś rozprzestrzeniać i naszej planecie mogłoby grozić przez to wyludnienie), ale też nie widzę głębszego sensu z wprowadzania takowych, na co argumenty przedstawiłem w poprzednim akapicie. Zawsze da się znaleźć jakieś alternatywne rozwiązania.
Ale prawdę mówiąc to kwestia związków partnerskich jest mi kompletnie obojętna. Czemu? Bo sam nie jestem gejem i chcę wziąć ślub kościelny? Dlaczego więc mają mnie obchodzić problemy ludzi z którymi nijak się identyfikuję? Nie jestem ani zwolennikiem ani przeciwnikiem, bo mnie to w ogóle nie interesuje. Nie ma związków partnerskich? Nie jest źle. Zalegalizują je? Też tragedii nie będzie, bo i ja tak wezmę ślub kościelny i będę zamartwiał się swoimi sprawami.
Aha i jeszcze jedno: bo są geje i są pedały - do tych pierwszych mam szacunek, bo to przecież poza swoimi upodobaniami normalni ludzie i na pewno mają w sobie coś wartościowego i kwestii ich seksualności nie muszę z nimi w ogóle omawiać. Ci drudzy powodują u mnie odruch wymiotny, bo nie dość, że są przeważnie zniewieściali to jeszcze szerzą homopropagandę i prowokują do burd na ulicach(poprzez te wszystkie parady) i pogłębiają tylko podziały społeczne. W zasadzie to takich ludzi nie cierpię podwójnie, bo musiałem kiedyś z takimi pracować(tylko proszę nie pytaj gdzie). Wyobraź sobie co musiałem czuć mając bezpośrednią styczność z nimi.
Rysiu napisał(a):
Świętym narządem ateistów jest odbyt? Kaman! Jedyne, co jest święte w moim odbycie to czystość (w sensie duchowym) tego narządu - urodziłem się dziewicą analną i tak też mam zamiar umrzeć, nie oddając swojego wianka nikomu, absolutnie nikomu nigdy. Nie bardzo czaję o co chodzi w tej wypowiedzi.
Sorry, mój błąd! Miałem napisać o gejach(albo o gejach i ateistach razem, no w każdym razie o antykatolach) a zamiast tego palnąłem nie to słówko co trzeba. Mój błąd. Uznajmy więc, że to o profanacji odbytu przez krzyż tyczyło się gejów, a to o profanację świeckości sejmu przez krzyż - ateistów.
Rysiu napisał(a):Można za to wkurwić człowieka wciskając się wszędzie ze swoją fikcyjną rzeczywistością opartą na Biblii.
Akurat dla mnie Biblia to jedyne w całym tym religijnym burdelu źródło prawdy i autorytet moralny do którego mam niemal bezgraniczne zaufanie(w zależności od tego jak rozumiem i interpretuję poszczególne aspekty Pisma Świętego). Ale luz - szanuję Twoją wypowiedź i nie indoktrynuję Cię.

Z chęcią bym szerzej o tym z Tobą podyskutował, ale to temat rzeka, a moja praca magisterska sama się nie napisze.

Rysiu napisał(a): Złości mnie wyciąganie pod byle pretekstem ogromnych pieniędzy z państwowej (także mojej) kiesy. Złości mnie służalczość władz i klękanie ich biskupami. Doszło nawet do tego, że pomimo wyroku w Strassburgu przez trzy lata nikt nie odważył się usunąć oceny z religii ze świadectwa szkolnego. O lekcjach religii w szkole nie będę się rozpisywał, bo to temat-rzeka.
Też mnie to złości, ale... ja na koniec liceum miałem z religii 6 na świadectwie, więc byłbym hipokrytą, gdybym się przeciwko temu buntował.

Rysiu napisał(a): Wkurwia mnie bezkarność księży wobec różnych przestępstw (niekoniecznie seksualnych), absurdalne ulgi podatkowo-zusowe dla sukienkowych.
Yep. Tu też pełna zgoda!
Rysiu napisał(a):Wciskane wszędzie przez ludzi teoretycznie świeckich bałwochwalcze i bezkrytyczne uwielbienie dla JP2, który poza uśmiechaniem się, kilkoma płonnymi przemówieniami (słowa, słowa, słowa!) i machaniem do ludzi z okna papieskiego niczego dla Polski tak na ścisłość nie zrobił.
Nie zgodzę się. Przyczynił się do obalenia komunizmu(chociaż faktycznie odbywało się to tylko poprzez te Twoje przytoczone "słowa"... tylko tyle i aż tyle, bo te słowa miały jak dla mnie ogromną moc!), nawet jeśli był tylko jednym z wielu bohaterów tamtych czasów.
Poza tym to on umiał przemawiać do ludzi(może nie tak jak Franciszek, no ale Franciszek to jest kozakiem, do którego ciężko kogokolwiek przyrównywać)... nie wiem jak to robił, do dziś pozostaje to dla mnie tajemnicą, ale ja wiem, że On tak gadał, że nawet ateiści chcieli go słuchać(nawet jeśli się faktycznie nie nawracali) i mieli do niego szacunek, a niektórzy nawet po nim płakali(z własnej nieprzymuszonej woli!) - aż sam byłem zaskoczony jaki to musi być wpływowy człowiek.
Imponujące wrażenie zrobił też na mnie kiedy zdał się na gest przebaczenia swojemu zamachowcowi. No bo powiedzmy sobie szczerze - kto tak naprawdę dzisiaj(ale poza papieżem Franciszkiem) byłby w stanie przebaczyć komuś kto chciał go zabić?
Ale obecnie niestety słyszę coraz więcej zawistnych komentarzy pod jego adresem. I nie mówię tu hejterach, którzy zakładają na jego temat bluźniercze fanpejdże na fejsie, ale chodzi mi tą krytykę, że rzekomo ukrywał pedofilię. Ale nie chcę się wypowiadać szerzej na ten temat, bo za mało jednak o tym wiem, no a poza tym to kolejny temat rzeka i JPII to chyba powinien mieć tu osobny wątek.
A może po prostu Jego postać jest tak skutecznie przytłumiana przez papieża Franciszka, że ludzie już zapominają o jego czynach, bo Franciszek jest po prostu... ekhem... jeżeli JPII był tylko dobry, to Franciszek jest... genialne?
Ale to co mi się nie podoba odnośnie JPII to że niektórzy, a mam tu na myśli m.in. PiS, Radio Maryja, i sektę smoleńską wycierają sobie mordę jego hasłami wyrywając je z kontekstu np. "Brońcie krzyża od Bałtyku aż po Tatry" czy jakoś tak(nie podejmę się odnalezienia oryginalnego cytatu, bo nie mam na to czasu) - używali go tylko po to by uzasadnić rację bytu krzyża przez pałacem, a wydaje mi się, że nie o to JPII chodziło, bo to musiało mieć jakiś szerszy kontekst, a już na pewno nie dosłowny. Myślę, że chodziło ogólnie o samą wiarę chrześcijańską(krzyż pełnił tu tylko rolę symbolu). PiSowcy już tak sobie zawłaszczyli symbol/ikonę JPII, że wykorzystują go do pogłębiania podziałów w narodzie, a jak ja tak patrzę na działalność JPII to jak dla mnie on był ponad tymi podziałami. Bo co jak co ale największe podziały w Polsce to miały miejsce chyba dopiero po jego śmierci.
Rysiu napisał(a):Krzyż w sejmie to symbol - ale nie symbol cierpiącego Chrystusa, z którym ateiści chcą walczyć za każdą cenę. To symbol oznaczający "wszystko to, co napisałeś w poprzednim akapicie jest prawne i słuszne - bo nam, katolom, się należy". I w zasadzie tak na ścisłość to gdyby zrobić porządek z całą resztą, to ten krzyż od biedy mógłby zostać. Bo wtedy naprawdę byłyby to tylko dwie deski.
No też w sumie trudno się nie zgodzić.
Suma sumarum - jestem chyba zbyt pośrodku tego całego continuum

, no może delikatnie trochę bardziej po prawej stronie tego środka(gdzieś tak na krawędzi), aczkolwiek łatki prawicowca wolę sobie nie przypisywać, bo to już by było nadużycie i nadinterpretacja.
Enyłej - chyba niewielu niestety jest takich ludzi jak ja.

Takich, którzy mieliby wrogów po obu stronach systemu.
