NAR napisał(a):Co wy macie z tym Niebieskim. Rozumiem że ta zabawa kolorami może dla niektórych być przesadzona, ale dla mnie to jeden z najsmutniejszych filmów jakie widziałem, choć nie ma co ukrywać - ten obraz jest praktycznie w całości zdominowany przez genialną Binoche. Poniekąd mógłbym się zgodzić, że rozmija się z tematyką wolności, ale czy jednocześnie nie rozwija konsekwentnie opowieści o próbie uwolnienia się od poczucia straty? Ja naprawdę uwielbiam ten film, może to przez to, że był to pierwszy Kieślowski jakiego widziałem.
Jeszcze w kwestii przesadnej symboliki i ukrytego piątego dna, to posłużę się cytatem z samego reżysera:
" bo ja wiem, czy jest znowu taka głęboka zawartość intelektualna? Ja myślę, że ja opowiadam historyjki, a państwo czasem w nich znajdujecie więcej, nawet często więcej niż ja chcę. "
Haha, wypowiedzi Kieślowskiego w ogóle są genialne: "uważam, że kino to bardzo prymitywny środek", "w moich filmach nie ma żadnego moralizatorstwa", "co to za różnica, czy taki facet jak ja przejdzie na emeryturę i nic już nie nakręci" itd.
Niemniej ja się zgadzam, że w "Niebieskim" nie ma piątego dna. Pisałem właśnie, że dużą część filmu stanowią sceny symboliczne, pod którymi niewiele się kryje. Przerost znaczącego nad znaczonym. W "Przypadku" niektóre kwestie ("zrobił pan sobie wąsy") czy sceny powtarzają się dwukrotnie, żeby skontrastować pozornie podobne sytuacje, w "Niebieskim" postacie z "Białego" pojawiają się na sali sądowej tylko po to, żeby sztucznie połączyć "Trzy kolory" w całość (nie mówiąc o wybitnie sztucznym zakończeniu "Czerwonego"

- w "Dekalogu" pojawianie się w jednej części bohaterów z drugiej miało jakiś sens, to go brak). Sceny z dziwną ozdobą pod sufitem nic nie wnoszą. Granie przez bezdomnego melodii, która kojarzy się Julie, też nic nie znaczy. Kieślowski dokładnie mierzył sekundy, ile czasu pokazywać nasiąkanie kostki cukru kawą, żeby trwała ona długo, ale nie znudziła widza - tu jest o tym, gdzieś od 1:40
https://www.youtube.com/watch?v=fwNVIQbv5Tc - fajnie, ale ta scena znowu ma bardzo małe znaczenie. Można powiedzieć, że one budują klimat - możliwe, dla mnie osobiście są one niepotrzebne.
A co do samych kolorów, to ja przeżyłem pewien zawód. Kiedy byłem mały i po raz pierwszy usłyszałem, że ktoś nakręcił cykl 10 filmów pod tytułem "Dekalog", gdzie każdy prezentował jakąś współczesną historię powiązaną z jednym przykazaniem, oraz "Trzy kolory", gdzie tymi kolorami były kolejno niebieski, biały i czerwony, to byłem pewien, że one symbolizują trzy cnoty Boskie - wiarę, nadzieję i miłość. Było to pudło choćby dlatego, że nadzieję symbolizuje jednak zielony

, ale wszystko mi się zgadzało: "Niebieski" pokazuje utratę wiary w sens życia, w szczęście, "Biały" jest o tym, że nigdy nie można trafić nadziei, a "Czerwony" o miłości platonicznej między bardzo różnymi ludźmi. Potem dowiedziałem się, że chodziło o kolory flagi francuskiej, które odpowiadają trzem ideom rewolucji francuskiej, ale one mi zupełnie do tych filmów nie pasowały.

Poza tym, że w "Czerwonym" jest mowa o braterstwie, czy też jego braku.
Ja tam zresztą nie mówię, że to zły film. Mi osobiście nie przypadł do gustu w przeciwieństwie do innych tego samego reżysera. Ale skoro umieściłem go na 9. pozycji na około 20 znanych mi filmów z danego rocznika, to nie jest to bardzo zła ocena.

Kriejtiw napisał(a):To nie Tarkowski, żeby dumać przez pół godziny, co symbolizowało rozlanie szklanki mleka na stole. I bardzo dobrze. Chociaż z drugiej strony w momencie pisania tego posta przypomniałem sobie o starcach wyrzucających butelkę do kosza. W Czerwonym też był taki motyw, w Białym pewnie też, ale tak ad hoc nie przypominam sobie.
Tak, jest też w "Białym".

Na samym początku, około 9. minuty. Właśnie, to jest kolejny przykład sceny, która nic nie wnosi, tylko sztucznie wiąże te trzy filmy. Nota bene w "Krótkim filmie o miłości" jest scena rozlewania butelki mleka na stole przez Szapołowską. Zastanawiałem się, czy ta scena nie ma jakiegoś symbolicznego znaczenia. Ale nie, ma tylko takie, że pokazuje, iż Szapołowska jest roztargniona, bo targają nią uczucia.
Gnietek, jako wielki fan Munka, co sądzisz o Strasznym śnie Dzidziusia Górkiewicza? Wiadomo, nie jest to klasa Eroiki, jakiś rewelacyjny film to w sumie też nie jest, ale ta sekwencja:
https://www.youtube.com/watch?v=IC3Bg-VYHog jest mistrzowska. Dużo lepsze ukazanie stereotypowej polaczkowości i zawiści niż w np. Dniu Świra imo. Czy może jednak bluźnierstwo i wywracanie grobem Munka?
Ej no, dlaczego aż bluźnierstwo?

Przecież to nawet nie jest stricte kontynuacja. A zresztą kontynuacja "Zezowatego szczęścia" w postaci "Obywatela Piszczyka" też jest dla mnie więcej niż akceptowalna.
"Straszny sen Dzidziusia Górkiewicza" to bardziej takie wykorzystanie znanej postaci, nawiązanie do niej, ale w kompletnie innych realiach. I to przez osobę, która miała największe do tego prawo, bo przez samego twórcę postaci, Jerzego Stefana Stawińskiego. Dzidziusia gra ten sam aktor, co w "Eroice" (ba, nawet jego obie kobiety są grane przez te same aktorki), więc znowu: o jakiejś profanacji raczej nie może być mowy. Munk oczywiście dawno już nie żył, więc film nakręcił Kutz (też nie byle jaki reżyser) - siła wyższa. Poziom jest sporo niższy, oczywiście, ale też w latach 90. nie było warunków na powstanie potężnego filmu rozliczeniowego jak "Eroica". Postawy Polaków w czasach transformacji to nie ta półka dramatyzmu co ich postawy podczas wojny. Jak dla mnie film jest OK - nie byłoby żal, gdyby nie powstał, nie ma wstydu, że powstał.
A co do wrzucone przez ciebie sceny - tak, fajna, tak, myślę, że bardziej trafna niż u Koterskiego, którego zresztą jakoś bardzo nie cenię.