Strange Frontier na cenzurowanym

Działalność biologa Rogera Taylora.

This is a strange frontier...:

1
0
Brak głosów
2
1
25%
3
0
Brak głosów
4
2
50%
5
0
Brak głosów
6
0
Brak głosów
nie znam, chętnie poznam
0
Brak głosów
nie znam i nie interesuje mnie to
0
Brak głosów
brytyjski Springsteen!
0
Brak głosów
idę słuchać Interlude in Constantinople
1
25%
 
Liczba głosów : 4

Strange Frontier na cenzurowanym

Postprzez mike » 3 wrz 2013, o 15:50

Obrazek

Thanks for help & encouragement to my dear friends Freddie Mercury, John Deacon, Brian May, Rick Parfitt. Also to all at Mountain Studios Montreux and Musicland Munich, Stefan, Krzysztof et al, Jim Beach, Gerry Stickells, Paul Prenter, Chris Taylor, Sara Juszkiewicz, Julie Nash, Jacky Gunn, Andy Evans


Tracklista:

1. Strange Frontier
2. Beautiful Dreams
3. Man on Fire
4. Racing in the Street
5. Masters of War
6. Killing Time
7. Abandonfire
8. Young Love
9. It's an Illusion
10. I Cry for You (love, hope and confusion)

Roger Taylor w brytyjskiej odsłonie Born in the USA. Zgadzacie się z tym poglądem, czy może porównanie do Springsteena jest mocno na wyrost?
"The band is as tight as a virgin on prom night" - Steve Lukather
http://podniosle.blogspot.com/ - mój superowy bloga$$ek! :D
Small
Avatar użytkownika
mike
The Hitman
The Hitman
 
Posty: 5716
Zdjęcia: 4
Dołączył(a): 26 sie 2004, o 13:14
Lokalizacja: Łódź
Podziękował(a): 0 raz
Podziękowano mu/jej: 0 raz
Członek PFQ: NIE

Re: Strange Frontier na cenzurowanym

Postprzez Gnietek » 25 gru 2013, o 19:59

Roger twierdził, że ten album był bardziej dopracowany i ogólnie bardziej udany niż "Fun in Space". Ja twierdzę dokładnie odwrotnie. Przede wszystkim ubolewam, że na solowym albumie kogoś, kto jest przede wszystkim perkusistą, i to nie byle jakim, są chyba wszędzie jakieś automaty perkusyjne. Jeśli nawet gdziekolwiek jest tu żywa perkusja, to musi być mocno przetworzona. Cała sekcja rytmiczna w ogóle leży, bo w każdym kawałku brzmi jak monotonna praca jakiejś fabrycznej maszyny. Ja wiem, że tak właśnie miało być, ale efekt męczy uszy i dzisiaj wszystko to, delikatnie mówiąc, trąci myszką. Wiemy już, że produkcja jest tragiczna :twisted: , a co z kompozycjami? Są bardzo proste, gdyż nacisk położono na klimat (nie taki jak lubię) i teksty (a te mnie mało interesują). No ale prześledźmy poszczególne piosenki, tak dla formalności.
Z całą pewnością wybrano właściwe utwory na single. Utwór tytułowy ma akurat całkiem przyjemną atmosferę, pełną zadumy. Z kolei pełne wściekłości "Man on Fire" ma refren, który od razu zapada w pamięć. Ułatwia to bardzo rytmiczne skandowanie tekstu przez naprawdę nieźle oddającego uczucie gniewu Rogera. Zresztą w sumie o zwrotkach można powiedzieć to samo. Gdyby tylko nie ta zwalona sekcja rytmiczna, byłyby to świetne utwory. Nic dziwnego, że sprawdzały się na żywo. Z całą pewnością bardzo dobrze wypadło też "Racing in the Street", cover Bruce'a Springsteena. Nie lubię Bossa, a już tej rozwleczonej, powolnej piosenki w szczególności. Taylor zaśpiewał (a raczej wyrecytował :wink: ) ją tak około dwukrotnie szybciej :) , dodał ognia (mocno akcentując początek niektórych wersów), a ponadto wzbogacił aranżację. Tu klawisze brzmią ładnie, sentymentalnie. Zróżnicowany podkład muzyczny, raz głośny, raz prawie niesłyszalny, idealnie podkreślają zmiany nastroju w poszczególnych częściach utworu. jest gitara akustyczna, a syntetyczną perkusję wycofano w tło. Tak powinna brzmieć cała ta płyta!
"I Cry for You" to szalony eksperyment z przetworzony wokalem Rogera (nienaturalnie wysokim i zwielokrotnionym), który mnie na serio bawi i wprawia w dobry nastrój. Trudno jednak porównywać to dziwadło z normalnymi piosenkami. :wink: Duet Rogera i pana ze Status Quo w "It's an Illusion" niexle buja i ma nieco rockowego ognia. Myślę, że od biedy też mógł stać się przebojem. Dałoby się też powiedzieć coś dobrego o "Killing Time", bo ten kawałek nawet nie jest taki monotonny, a w środku ma coś, co można by nazwać orkiestracją na syntezatorach i wokalu (podobno Freddiego) - całkiem miły moment. Głos Rogera też fajnie wznosi się i opada. W sumie jednak poza tą "orkiestrowaną" solówką piosenka jest raczej nijaka, a sztuczna perkusja i jeszcze gorszy niby-bas skutecznie mnie do niej zniechęcają. W "Beautiful Dreams" jest jeszcze gorzej, bo nawet nie ma takiej solówki. Wprawdzie stworzono klimat postapokaliptyczny (czy może bardziej protoapokaliptyczny), o którym zdaje się mówić tekst (dość niejasny), ale jedno że jest to klimat bardzo nieprzyjemny, drugie, że znam o wiele lepsze jego przedstawienia u innych wykonawców. W "Abandonfire" interesujący jest chyba tylko chórek, który tworzy wraz z wokalem prowadzącym całkiem fajny dialog (żeby nie było - to jest dialog Rogera z samym sobą, bo tylko on nagrywał tu wokale :lol: ). No dobra, jest tu nieco energii, a ostatnia zwrotka, która trochę zmienia atmosferę, sprawia, że utwór staje się zróżnicowany. Nawet można powiedzieć, że refren zapada w pamięć i jakaś przebojowość tu jest. Problem w tym, że i tak utwór ten wcale nie zachęca, żeby do niego wracać. Trzeba by go przearanżować.
Wokal w "Young Love" to wszystko to, czego w wokalu Rogera nie lubię - bardzo wyraźna chrypka, wrażenie, że facet jest staruszkiem mającym mało siły do wydobywania z siebie głosu. W dodatku kompozycja jest tak nijaka, że nawet gitara i pstrykanie palcami nic jej nie mogą pomóc. "Masters of War" tworzy dokładnie taki sam nastrój jak "Beautiful Dreams". Beznadziejnie brzmiących syntezatorów tu już nic nie zasłania. W dodatku ich dźwięk w miarę rozwijania się utworu narasta. Tylko jedno sprawia, że powiem coś dobrego o tym kawałku - znam oryginał. Nienawidzę, szczerze nienawidzę "Masters of War" w wykonaniu Boba Dylana. Jeśli się zestawi obie wersje, to nagle słyszę, z jakim artyzmem Roger śpiewa, jak artykułuje swój gniew, a nawet że podkład mógł być gorszy. :twisted: Jeśli jednak nie zestawiam, to jest to utwór gorzej niż słaby.

Podsumowując: prawie 42 min. Łącznie 10 piosenek, z czego 1 kocham (ale nie tak z całego serca, jak mówią przykazania miłości), 4 całkiem lubię, 3 raczej nie lubię, a 2 nie lubię zdecydowanie. Jakiś potencjał w tym wszystkim był, ale pan pałker go zmarnował. Nie byłoby mi zresztą źle, gdyby ten album w ogóle nie powstał.
Wszyscy jesteśmy jak worki kartofli: czy chcemy, czy nie, i tak nas wrzucą do piwnicy. :(
Avatar użytkownika
Gnietek
Leroy Brown
Leroy Brown
 
Posty: 1273
Dołączył(a): 4 sie 2006, o 09:16
Lokalizacja: z pięknej planety zwanej Ziemią :)
Podziękował(a): 0 raz
Podziękowano mu/jej: 0 raz


Powrót do Roger (+The Cross)

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości