OberstPrymas napisał(a):@Rysiu
Aż jestem ciekawy jak odbierzesz pierwszą płytę od Hogartha. Ja tam się momentalnie zakochałem, ale wydaje mi się że Ty jednak będziesz ostro kręcił nosem

Nadeszła ta wiekopomna chwila. I żebyś wiedział, że kręcę nosem, i to jak! Nie wszystkie poprzednie płyty polubiłem od razu, niektóre wymagały dotarcia i osłuchania (i to momentami dość solidnego) i teraz ogólnie całego Fish-Marillion uważam za wielką rzecz (chociaż tylko debiut zasługuje na postawienie kapliczki w moim pokoju). Ale to, co usłyszałem teraz? No cóż, pierwsza reakcja to: Boshe, co za gówno! I nie chodziło nawet o tego nieszczęsnego Hogharta, facet nie jest zły i stara się jak umie - i tak wolę Fisha, ale to nie podmiankę uważam za przyczynę porażki. Po prostu styl grupy ewoluuje z płyty na płytę w kierunku nie do końca przeze mnie pożądanym.
Ale starym zwyczajem katuję płytę. W tej chwili licznik odtworzeń mówi "8 razy" (+mniej więcej drugie tyle w samochodzie) - i przyznać muszę, że zaczyna chwytać. Powoli bo powoli, ale przekonuję się do tego albumu. I tak pewnie pozostanie najsłabszym jak dla mnie albumem zespołu, bo jednak Fishe odpowiadają mi bardziej, ale nie mogę odmówić tej płycie pewnej gracji, smaku i stylu.
Dam sobie jeszcze czas na osłuchanie i biorę się za Holidays in Eden. Mam wrażenie, że chociaż na jakąś miłość nie ma co liczyć, to jednak z Marillionem wciąż zostaniemy bliskimi przyjaciółmi.