NAR napisał(a):Gnietek narzeka co chwilę, że Hollywood taki słaby, pusty i BEZ GŁĘBI, a wrzuca na pierwsze miejsce Nolana, by potem dać jeszcze Lejdis i Vicky Cristina Barcelona

Xavi napisał(a):Plus rzucając jakieś Pasje i inne Egzorcyzmy Emily Rose (czyli najprostsze hollyłódzkie chwyty) gnojąc inne filmy, które jakkolwiek próbują się jeszcze z tej amerykańskości wyodrębnić

Hmmm, ja tam tego całego Nolana kojarzę tylko jako reżysera trzech filmów, które widziałem ("Memento", "Prestiż", "Mroczny rycerz"), nie wiem nawet, jak wygląda, a tym bardziej, jaki ma status, z czego jest znany i jaką cieszy się opinią - w związku z tym nie do końca wiem, do czego pijesz.

Niemniej, biorąc pod uwagę to, co widziałem, to stwierdzam, że koleś kręci filmy z dość rozbudowaną i pogmatwaną fabułą, która zmusza do myślenia. Ta fabuła, mimo wszystkich komplikacji, jest spójna, co też się dla mnie liczy (jest fanowska wersja "Memento", gdzie poukładano wszystkie sceny w kolejności chronologicznej - okazuje się, że wszystko doskonale trzyma się kupy, choć przecież twórcy mogli pozwolić sobie na uproszczenia, skoro widz będzie oglądać całość zmontowaną tak, iż trudno się nie pogubić nawet w głównym wątku). Bohaterowie tych filmów są moralnie niejednoznaczni. Większy nacisk kładzie się na to, co dzieje się w ich głowach niż na fajerwerki i ogólnie otoczkę wizualną (choć oczywiście widowiskowości nie brakuje, to nie jest ona ważniejsza od innych walorów).
Co natomiast razi mnie w produkcjach, które postrzegam jako typowe dla Hollywood?
To, że fabuła jest tylko pretekstem do pokazania efektów specjalnych, scen walk - vide zwłaszcza "Pearl Harbor". W takich "Gwiezdnych wojnach" można było zawrzeć jakieś ciekawe przesłanie, ale nie, przedstawiono świat z jaskrawym podziałem na zło i dobro i pokazano, że dobro zawsze zwycięży. Tyle. Za to dowalono masę laserów i scen podnoszących adrenalinę. W "Nieśmiertelnym" cała historia nie trzyma się kupy - oto Kurgan rozwalał innych nieśmiertelnych dawno temu jednego po drugim; widzimy, jak bohater uciekł przed nim; nagle dowiadujemy się, że minęło 300 lat, nadszedł czas zgromadzenia i teraz Kurgan zaczyna rozwalać nieśmiertelnych jednego po drugim. Całe przesłanie filmu to, że zwycięzca może być tylko jeden. Ale co tam, jak na owe czasy zrobiono niezłe efekty specjalne i jest git. Co chwila dochodzi do sytuacji, kiedy dobrzy są w defensywie, mają już zginąć, ale w ostatniej chwili ratuje ich cud. Tak jest we wszystkich Bondach, tak jest w "Gwiezdnych wojnach", tak jest choćby w "Gildzie". Zawsze bohaterem jest zawadiaka, koleś trochę na bakier z prawem, który w chwilach niebezpieczeństwa wali cwaniackie teksty (wyjątkowo żenujące, jak dla mnie) - między bohaterami westernów, Jamesem Deanem, bohaterem "Północ, północny zachód" czy Hanem Solo nie ma wielkich różnic. Do tego dochodzą oklepane teksty w scenach flirtów i patetyczne sceny romantyczne, jak w "Titanicu". To wszystko jest OK w małych ilościach, ale że ciągle się powtarza, to narzekam na schematyczność, szablonowość i brak głębi. A że w produkcjach z innych krajów (których to produkcji niestety znam za mało) widzę, że tych wad jest wyraźnie mniej, to narzekam na kino amerykańskie. Co nie zmienia faktu, że widzę też jakieś zalety w niektórych filmach amerykańskich i daję je na listę wysoko.
A czasem, jak "Pasję" daję nisko (no ej, to było siódme miejsce na dziewięć, a po wypisaniu zalet, walnąłem mocno krytyczną uwagę

), głównie po to, żeby wypowiedzieć swoje zdanie. Bo przecież po to jest forum dyskusyjne, żeby wypowiedzieć się, żeby dyskutować. Listy bez komentarzy są nudne. "Lejdis" czy "Vicky Christina Barcelona" nie cenię za bardzo, co z moich komentarzy chyba jasno wynika. Choć jakoś też nie cierpiałem podczas oglądania.
Xavi, a co ja takiego zgnoiłem, co próbuje się według ciebie wyodrębnić z amerykańskości?
