oesu, już dobrze, MARUDY.
01. Podoba mi się. Nie słucham ich już wprawdzie z tak nabożną czcią, jak kiedyś, ale nadal się sprawdzają. Może i za mało materiału na 13 minut, ale te ekstatycznie rzężące gitary tworzą dobre tło. Dopóki się zbytnio nie zastanawiam nad tym, co słyszę, słucha się przyjemnie. Pewnie wrzucę jakieś punkty i to nie tylko z uwagi na starą znajomość.
02. Ohoho, kto tu ogląda dobre filmy? Obstawiam shamara. Niekoniecznie najlepsza rzecz na tym soundtracku, ale pastoralny klimat jest, fujarki są, przykurzona produkcja jest, wszystko jest. Wiadomo, arcydzieło z tego żadne, ale do słuchania jak najbardziej.
03. Jakiś Burzum z więzienia? A nie, jest nawet gorzej

Coraz trudniej jest mi sobie wyobrazić, że można takich rzeczy słuchać na poważnie. A i dla beki to jednak strata czasu. Poziom kiczu: Speak & Spell/10
04. Uczciwe to nawet, chociaż ciężko mi się przekonać do wokalu. Podoba mi się produkcja i aranżacja, wyraźne gitary na pierwszym planie i dużo szumu w tle. Z braku laku dobry i post-hardkor, a tym bardziej dobry post-hardkor. W sumie jak dotąd z całej paczki najczęściej wracam do tego właśnie utworu, tak jakoś się złożyło.
05. Połowa moich fejsbukowych znajomych (pięć osób) ciągle się oznacza na jej koncertach, a druga połowa (osiem osób) zazdrości tego faktu pierwszej połowie. Taka historia. Nie rozumiem tego, muzyka raczej dla Oberstów, mnie zasadniczo nudzi i nie rusza nic a nic. Brzmi jakby była skomponowana do reklamy Coca-Coli, czy coś podobnego. Meh.
06. Co to, słuchałem Queenwizji, a tu się nagle Trójka włączyła. Już za chwilę humory poprawi nam niezastąpiony Artur Andrus, ale wcześniej do nieba i z powrotem zabierze nas Pink Floyd z muzyką z ostatniego krążka, zatytułowanego, jakże trafnie, "The Endless River". Zapraszam.
07. Dalej Trójka, ale nieco strawniej. Nadal ciężko mi się doszukać w tym jakiejś wyższej wartości, ale parę rzeczy mi się podoba. Np. wejścia dęciaków. Ładne i subtelne. Gdyby wywalić resztę, na czele z tą nudziarą i zrobić coś z tym monotonnym fortepianem, to dałoby się ten kawałek odratować.
08. A to nie jest takie złe o dziwo. Ma w sobie coś z Talking Heads, z zachowaniem proporcji oczywiście. Podoba mi się ten prymitywny rytm, jakby ktoś walił maczugą, podczas gdy reszta muzyków próbuje odwrócić uwagę od tego faktu graniem na wszystkich instrumentach, jakie im wpadną w rękę. Całkiem to interesujące. Szkoda, że potem obsługujący maczugę odchodzi na stronę i utwór się zaczyna rozłazić na wszystkie strony. Najsłabszym ogniwem jest tu brak wpadającej w ucho melodii, ale to w sumie dałoby się powiedzieć o całej paczce. Nie wiem co ten Xavi się wygłupia, że najlepsza ever.