Bizon napisał(a):nie wiem jakim cudem nie mozecie dyszki zebrac z tych rocznikow. masa genialne plyt wychodzi.
Takim zapewne, że klasykę rocka łatwo jest poznać. Ludzie raczej są zgodni, co się do niej zalicza. W ostatnich latach płyty rockowe ani nie są tak dobrze rozreklamowane, ani nie ma ich tak mało, jak niegdyś, przez co trudno się w nich połapać. Ergo: poznawanie starego rocka jest łatwiejsze.

A ja osobiście po prostu nie lubię współczesnego brzmienia, więc poświęcam tylko minimum czasu na poznawanie czegoś nowego.
1. Marillion - Sounds That Can't Be Made
Zawsze twierdziłem, że Marillion skończył się wraz z odejściem Fisha. Głosu Steve'a Hogartha nie lubię. Mam nadzieję, że docenione zostanie, iż teraz oddam sprawiedliwość - "Sounds..." to album, któremu nic nie mogę zarzucić. Nawet więcej: z całego nowego rocka progresywnego to jedna z nielicznych rzeczy, które lubię bez zastrzeżeń. Oczywiście płytę robią głównie "Gaza" (zaskakująco ciężko, jak na ten zespół) i "The Sky above the Rain", ale reszta absolutnie nie przeszkadza.
2. Wilki - Światło i mrok
Zaskakująco dobra płyta po latach zagłębiania się w kicz i muzak. Singla, czyli "Czystego serca" nie mogę znieść, ale poza tym jest naprawdę nieźle. Większość to kawałki spokojne, pełne miłości do świata. Słychać, że Gawliński to człek już dojrzały, pogodzony z życiem i życie kochający. Znalazły się jednak także prawdziwie rockujące kawałki, a nawet niepokojący, szamański "Świat to fajne miejsce" - mój faworyt. Oczywiście Wilki to od dawna solowy projekt Gawlińskiego, w którym reszta muzyków stale się zmienia, ale tym razem skład brzmi, jakby chłopaki znali się jak łyse konie - są świetnie zgrani.
3. Logic Mess - Element of the Grid
Młodzi progrockowcy z Torunia, którzy odwalili naprawdę kawał dobrej roboty. Ich wokalista ma zaskakująco mocny i ostry jak na ten gatunek głos. Potrafią zabrzmieć łagodnie i mocno. Raz kojarzą mi się z Riverside (i nie czuję, żeby byli od nich gorsi), a raz z Iced Earth. Porwali się na pełen treści concept album i dali sobie z nim radę - ta opowiedziano historię z jakiejś totalitarnej, futurystycznej krany, że nie odbiło się to negatywnie na muzyce. Wiele się dzieje i całość trzyma się kupy. Szkoda, że są bardzo słabo znani.
4. Muse - The 2nd Law
Chłopcy tym razem poszli mocno w stronę elektroniki. Trochę słychać tu wpływy Kraftwerk, trochę... dubstepu, ale tak się składa, że i jedno, i drugie lubię. Jest OK, bo zachowali swój styl. Niestety, są momenty, w których przegięli z patosem i przekroczyli granicę kiczu. innych wad nie widzę. Album brzmi różnorodnie i jest pełen eksperymentów, więc właściwie nie jestem w stanie go poważniej krytykować.
5. Lana del Rey - Born to Die
Po usłyszeniu pierwszego singla, który całkiem mi się spodobał, obawiałem się, że album będzie monotonny i zepsuje mi pierwsze wrażenie. Tak przecież się robi w popie - wszystko śpiewa się na jedno kopyto, zwłaszcza jeśli nie ma się super głosu i daje się podobny akompaniament, bo po co zatrudniać mnóstwo muzyków sesyjnych, a tym bardziej - po co zaskakiwać słuchaczy, którzy usłyszeli singiel i wiadomo, czego oczekują. Mrucząca półgłosem w stylu "Video Games" przez prawie godzinę Lana zanudziłaby mnie. Zaskoczyłem się pozytywnie - album jest różnorodny, całkiem ambitny jak na pop, a śpiewająca żywiej i wyżej Lana ma jeszcze ciekawszy wokal. Jestem na tak!
6. Queen - Hungarian Rhapsody
Jak na Magic Tour, jest to dobry występ. Niestety, nic więcej. Otoczka jedynego koncertu Queen za Żelazną Kurtyną zrobiła swoje i nieźle wypromowała ten stadionowy show, ale jeśli chodzi o kwestie muzyczne, to taki Montreal czy Milton Keynes są lepsze. W Budapeszcie już było słychać, że zespół się starzeje. Setlista nie powalała. Klimat był. Dobrze, że ten koncert wreszcie wydano porządnie, ale czekamy na lata 70. (i pewnie się nie doczekamy

).
7. Aerosmith - Music from Another Dimension!
Wszystko wskazywało na to, że ten album nie powstanie. Ciągle pojawiały się wieści o jakichś problemach osobistych członków zespołu i konfliktach między nimi. W bólach powstało coś zaskakująco niezłego, ale jednak... nie jest to płyta, na którą czeka się 11 lat

. Czuć spory niedosyt. Owszem, świetnie, że kolesi w podeszłym wieku stać wciąż na wiele, bo brzmią oni o wiele młodziej niż wyglądają, ale tyko niektóre kawałki rzeczywiście roxują. Na tej płycie aż roi się od zapychaczy, od pierwszego singla począwszy, a na tym czymś z gwiazdeczką country skończywszy. Skrócono by album o połowę, a miałby on o wiele więcej dynamiki i polotu i można by było go postawić obok tych z lat 90. Tak nie można. Chociaż jeśli ma to być zwieńczenie kariery, to zawsze lepsze niż "Just Push Play". Jeśli nie, to ja oczekuję, że następny album będzie lepszy. Ich jeszcze na to stać.
8. Bracia Figo Fagot - Na bogatości
Rany, zapomniałbym o tym hicie ubiegłego roku.

Wiadomo, muzycznie to jest kiepskie, ale cały koncept, stworzenie fikcyjnej historii zespołu (również polecam serial "Kaliber 200 Volt"), teksty i ich jajcarskie wykonanie zasługują na uwagę. Choć może nie na taki kult, jakim ich otoczono.
9. Rush - Clockwork Angels
Wszystko fajnie - i niższy, już nie falsetowy, a wciąż młodzieńczy (przy sześciu krzyżykach na karku!) głos Geddy'ego, polot, wirtuozeria i w ogóle - ale po co dali tyle tego pogłosu? On jest wszędzie, wszystko się przez niego rozmywa... Mogłem dać tę płytę o wiele wyżej, ale jej brzmienie bardzo, bardzo mi przeszkadza.