No dobszz, po kilukrotnym wnikliwym przesłuchaniu wersji audio obu koncertów, wypadało by coś skrobnąć

. Zastosuję starą sprawdzoną metodę, czyli track by track. Utworów, które zostały zagrane na obu koncertach nie będę dwa razy opisywał, bo nie ma sensu

. Ocen poszczególnym kawałkom nie będę wystawiał bo i tak przy każdym utworze oscylowałyby one wokół 10/10.
1. Procession/Father To Son. Czyli początek koncertu taki sam, jak płyty Queen 2. O niebo lepiej moim zdaniem brzmi ten duet niż zagrane bezpośrednio po Procession Now I'm Here w listopadowym. Świetnie wypadają "turu-turu" Freda, w ogóle utwór brzmi znacznie lepiej niż na albumie. Jedyne do czego można się przyczepić to zdecydowanie za bardzo dopicowane chórki we fragmencie:
Sing if you will
But the air you breathe
I live to give you
Father to son father to son
Father to son father to son
Po prostu brzmi to zbyt podobnie do wersji albumowej jak na moje ucho, ale i tak jest fantastycznie.
2. Ogre Battle. Brak słów. I znowu, pierwszy raz tak fantastycznie zagrany utwór w takiej jakości. Jak pierwszy raz słuchałem tego wykoania to szaleństwo po prostu. Ogromna energia zawarta w tym utworze wbija w fotel i nie chce puścić przez całe 5 minut z hakiem. Bomba.
3. Son And Daughter/Guitar Solo/S&D Rep. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby dzielić to na trzy oddzielne utwory, no ale cóż. To już ma moc na albumie, a na żywo staje się niesamowitym wulkanem. Cokolwiek to znaczy. Co do solo Briana nie jest jeszcze ono tak potwornie rozbudowane (czyt. wydłużone na siłę) jak w późniejszych latach i tu brzmi całkiem przyjemnie. No i przejście do repryzy absolutnie rox.
4. White Queen. Jedna z moich ulubionych ballad Queen. Idealnie połączenie "mocniejszych" fragmentów z tymi powolniejszymi, stricte balladowymi. Wokal Freda absolutnie na najwyższym poziomie. Generalnie marcowe wykonanie zasługuje chyba na miano najlepszego ever.
5. Great King Rat. Kolejny raz utwór z fantastyczną energią, ile ten zespół miał wtedy mocy w sobie!!
6. The Fairy Feller's Master-Stroke. No i dochodzimy do najbardziej zaskakującego utworu na albumie. Chyba nikt się nie spodziewał, że go w ogóle grali

. Ja osobiście myślałem, że dołączył on do innych utworów z QII, których nie dało się zagrać na żywo, a tu taka niespodzianka

. Pomimo wybrakowanego tekstu (nasuwa mi się porównanie z Bicycle Race), fantastyczne wykonanie, znacznie bardziej drapieżne od studyjnego.
7. Keep Yourself Alive/Drum Solo/KYA R. O ile w przypadku S&D podział można było JAKOŚ jeszcze uzasadnić, bo Guitar Solo i w ogóle, tutaj w ogóle go nie rozumiem. Niesamowicie zagrany utwór, chyba pierwszy taki Queen, wykonywany z interakcją z publicznością (?). Chociaż i tak nie przebiło to wykonanie mojego wykonania numero uno, czyli tego na Rock Montreal. Mimo to jest naprawdę super.
8. Seven Seas Of Rhye, czyli highliht koncertu (jednego i drugiego), obok Great King, White Queen, Fairy Fellers, Father To Son i medleya na listopadowym. Mój ulubiony moment, jak Fred śpiewa pod koniec "c'mon let me take you, c'mon let me take you". Niesamowite.
9. Modern Times R'n'R. Czyli "rock 'n' roll a la Queen". Inaczej brzmi niż z wokalem Roga. Inaczej nie znaczy gorzej

. Również niesamowite wykonanie, drapieżne takie

.
10. R'n'R medley. Czyli słynny już medley z rock and rollowych klasyków. Jak zwykle świetne Jailhouse Rock i reszta. Smuteczek, że nie grali wtedy Tutti Frutti.
11. Liar. Czyli moim zdaniem punkt kulminacyjny koncertu. Fajnie rozbudowany, chociaż i tak nie umywa się długością do 10-minutowego wykonania w Houston

. Fajnie Roger sobie poczyna z intrem na perkusji na listopadowym koncercie. Tak inaczej. Ciekawostką jest brak wersu "from Mars to Mercury", ciekawe czemu go zabrakło
12. See What A Fool I've Been. Czyli utwór grany tylko na koncertach, również zdaje się pierwszy raz w tak dobrej jakości. Okoliczności jego powstania są co najmniej nie jasne, skoro sam Brian twierdzi, że nie bardzo orientuje się skąd wziął się tekst w tym kawałku

. Można w nim zauważyć coś, czego nigdzie indziej w utworach Queen nie słyszałem, czyli linia "See What A fool i've Been" idący tą samą linią melodyczną równolegle z gitarą. Ciekawe, czemu nie zdecydowali się na użycie takiego elementu w którymś z późniejszych utworów, bo całkiem zacnie to brzmi

.
A teraz przyszła pora na utwory z listopadu, które nie były grane na marcowym koncercie.
1. Now I'm Here. Nigdy nie byłem jakimś nie wiadomo jakim fanem tego utworu, czy to na albumie, czy live. Podobnie jest tutaj. Wykonanie jest naprawdę fajne, ma energię i w ogóle, ale nigdy mnie specjalnie nie jarał ten kawałek. A tu wystawię ocenę. Niższą od innych oczywiście

. 7/10
2. Flick Of The Wrist. Ahhhhhh. Fantastyczny Flick Of The Wrist. Ktoś kiedyś o nim powiedział(parafrazuję): 'Death On Two Legs albumu Sheer Heart Attack'. Jest w tym trochę prawdy. Słychać taką, jak to określić, "zabójczą mściwość'

. Wykonanie b. dobre, ze świetnym intrem Freddiego na fortepianie. Cud, miód i orzeszki.
3. Medley (ITLOTG, KQ, MOTBQ, BBTLB). Zastanawiałem, się, czy by nie opisać każdego z elementów tego medleya osobno, ale jednak uznałem, że że tak będzie lepiej. Zaczynamy od In The Lap Of The Gods, które bez tego spowolnienia jak w wersji studyjnej wreszcie brzmi tak, jak brzmieć powinno. No i falset Rogera <3. Później premierowe Killer Queen, które jak zwykle brzmi świetnie i nie ma tego niedopracowanego zakończenia w wersji studyjnej, które jednak trochę kłuje. Następnie płynne przejście do March Of The Black Queen. Ah, czemu oni tego nie grali całego (albo przynajmniej jakiegoś większego fragmentu)!!. No i Bring Back That Leroy z nieodłącznym solo Briana na ukulele

.
4. Stone Cold Crazy. A ja wciąż jestem pełen podziwu dla Freddiego, który nie gubi się podczas śpiewania tego utworu, zwłaszcza, że jest on zagrany szybciej od wersji studyjnej (nie to co podczas trasy Q+AL

).
5. In The Lap Of The Gods...Revisited. Czyli zaskoczenie, bo falsecik Freddiego. Zawsze wydawało mi się, że falsetu nigdy nie używał w tym utworze w latach '70, a tu takie zaskoczenie. Generalnie wykonanie bliższe wersji studyjnej niż to na Wembley (perkusja). Uo la la la!!
6. Big Spender. Czyli coś, co mi brakowało w marcowym. Nieodłączny element bisów do '77 roku. Jak zwykle niesamowite wykonanie, Fred bardzo drapieżnie i wyzywająco. Chociaż oryginalne wykonanie by Shirley Bassey (
https://www.youtube.com/watch?v=k8FlmXla0Pw) również jest fantastyczne.
7. God Save The Queen. No cóż. GOSTQ jak to GOSTQ. Dobre tło do powiedzenia paru słów pożegnania no i jednak troszkę tego brakowało w marcowym

.
Podsumowując, wciąż jestem pod ogromnym wrażeniem tego wydawnictwa, QPR odwaliło kawał dobrej roboty, no i oczywiście wyczekuję następne wydawnictwa, jak chociażby Houston '77, czy Hammy '79

. Może szanse nie są wcale tak bardzo nikłe

.
Na tym wypadało by zakończyć ten mój trochę przydługi wywód, mam nadzieję, że komuś będzie chciało się to czytać i dobrnie do tego momentu

.