przez Atrus » 26 maja 2015, o 22:49
01. Taki tam hołd dla ejtisów, który ma nad prawdziwymi ejtisami tę przewagę, że radio nie zdążyło go jeszcze zamordować grając pięć razy dziennie. Z obrazem 10/10, bez obrazu... hmm, właściwie lubię takie moroderyzmy, ale bez przesady.
02. Przyjemny chill, ale to jest przykład kawałka, który im uważniej słuchany, tym bardziej denerwuje. Jego miejsce jest w tle, dlatego do QW niespecjalnie się nadaje.
03. Te uczucie, kiedy z popowej piosenki zapamiętujesz akompaniament, a nie główną melodię. Jak to leciało? la-lalala-la-laaaa, coś takiego. Nic specjalnego. Nie ciągnie mnie, żeby sobie przypominać dokładnie. Zdecydowanie najmocniejszym elementem jest tu motoryka, sprawnie idzie do przodu i nadaje się do samochodu (rym). Plus tych kilka taktów z elektroniką to też miły smaczek.
04. Nowofalowy klasyk. Nie na tyle dobre, żeby stawiać ołtarze, ale na tyle wpadające w ucho, że nie ma się poczucia straty czasu. W takiej stylistyce dałoby się znaleźć parę lepszych rzeczy, ale na bezrybiu i tak dalej.
05. Bardzo lubię ten zespół, aczkolwiek najwyżej cenię ich dwie pierwsze płyty, potem zaczęli kombinować i nie zawsze im to kombinowanie wychodziło na dobre. Ten utwór jest tego dobrym przykładem - dobra kompozycja i przyjemna melodia, ale jest przeprodukowany i prze-aranżowany, próżno szukać korzennej surowości pierwszych dwóch, a nawet, niech stracę - trzech płyt. Ot, zwykły rock, nieco powyżej średniej krajowej, da się słuchać bez bólu.
06. Zabawna sprawa, pierwsze tego pana z wiadomym zespołem (btw autocenzura jest w tym wypadku naprawdę zbędna, no ale duralex sedes) wynoszę pod niebiosa i uważam, że w kategorii hard rocka wymyślono niewiele lepszych rzeczy, natomiast zarówno płyty zespołu po rozstaniu jak i jego solowe nie nadają się do słuchania. Ten utwór jest znakomitym przykładem, dlaczego tak jest: upiorny kicz, kanciaste riffy rozwodnione jakimś udziwnionym aranżem (kwartet smyczkowy, że niby to inteligentna muza), fatalne, radiowe brzmienie, wycie do księżyca, "klimatyczne" chórki. Potwornie zła rzecz, zupełny brak dobrego smaku.
07. A, więc jest w tej paczce coś, o czym mogę powiedzieć, że w stu procentach mi się podoba. Szkoda, że jest to coś, co znam od ładnych paru lat. W kategorii ambitniejszego popu ta płyta to absolutne mistrzostwo, jest kilka płyt na podobnym poziomie, ale lepszych po prostu nie ma. Problem polega na tym, że ten utwór jest tu wyrwany z kontekstu, i podejrzewam, że na tym traci. Tak czy inaczej, wysokiej klasy kompozycja, w dobrym guście, bogata w przepiękne melodie, idąca miejscami w zupełnie nieoczekiwaną stronę. Nie ma za co, Oberst.
08. Zaczyna się niczego sobie, ale pomysły szybko się muzykom wyczerpują, a ich główną ambicją wydaje się być "brzmieć jak najbardziej jak Pink Floyd". Nie mam nic przeciwko klonom Floydów jako takim, ale takiej bezpłciowej, pozbawionej charakteru muzyce mówię nie. Ładne i melodyjne, ale oczekuję więcej.
With my last breath I curse Zoidberg.